czwartek, 5 czerwca 2014

Rozdział 15

Okazało się, że po jakimś czasie postanowiliśmy się przejść i tak doszliśmy do mojego domu. Najlepszy był filmik, gdzie próbowaliśmy otworzyć drzwi od mieszkania. Najpierw próbowałam ja. Tak z pięć razy upuściłam klucz i szukałam go w szparkach w podłodze. Było mega śmiesznie. Następna była Trish. Oprócz klucza od domu na breloczku mam jeszcze klucze od garażu, samochodu, motoru, zapinania do roweru, klucze do mieszkania w LA i do dużo  innych drzwi, które zamykamy na zamek. No i gdy Trish szukała tak dobrego klucza, to my mieliśmy niezły ubaw, bo ona tak ma, że jak się zdenerwuje, to gada sama do siebie.
Później był mózg naszej paczki, czyli Dez. A on, jak to on na przekór znalazł ten dobry klucz, tyko, że przekręcić go w zamku nie umiał. I w końcu nasz wybawiciel, czyli Austin. Temu udało się od razu. Za pierwszym razem zrobił coś, co nam nie udawało się przez pół godziny. A tak na marginesie, to mamy szczęście, że noce w Miami są ciepłe. No i tak znaleźliśmy się w moim domku.
- Idziemy dziś na plaże? - zapytała Trish, gdy skończyliśmy śniadanie.
- Chętnie. - zgodziliśmy się wszyscy i wstaliśmy od stołu.
Każdy rozszedł się do domów, by się przygotować. Mówiłam już, że mieszkamy z Austinem okno w okno. Oznacza to, że nasze okna są równoległe do siebie. Gdy blondyn wszedł do pokoju zaraz za nim wparowała wściekła pani Moon. Zaczęła mu tłumaczyć, że powinien zadzwonić i uprzedzić, że nie wróci na noc. W końcu tak się na niego wydarła, że aż stanęłam za szybą jak osłupiała. Gdy kobieta mnie zauważyła momentalnie oblała się rumieńcem i pomachała mi zawstydzona. Blondyn zachichotał cicho, a rodzicielka posłała mu krwiożercze spojrzenie, po czym wyszła.  Dąb stojący na posesji państwa Moon jest bardzo rozłożysty. Jedna z gałęzi sięga do mojego pokoju, a druga do pokoju Austina. Pomiędzy nimi stoi stary domek na drzewie. Gdy chłopak chce przejść do mnie albo ja do niego, musimy przejść po jednej gałęzi, przez domek i po drugiej. Tak było i teraz. Jakimś dziwnym sposobem chłopaki szykują się szybciej od dziewczyn i muszą czekać na płeć piękną. Blondasek wślizgnął się do mnie bez problemu i opadł zmęczony na łóżko.
- Moja rodzina mnie kiedyś wykończy! - wyrzucił zmęczony.
- Prędzej to ja się o to postaram. - zabrzmiało poważnie, ale specjalnie nadałam głosowi ten ton. - Który strój mam założyć? - pokazałam chłopakowi dwa tankini. Jednio niebieskie, a drugie czarne.
- Coś dwuczęściowego. 
- Ale ja nie lubię...
- Nie ma, że nie lubisz. Na pewno jakieś masz, bo Trish mi mówiła, że razem kupowałyście.
- No mam ale...
- To je załóż.
- Dobra. - odburknęłam.
Austin ponownie położył głowę na mojej poduszce, a nogi na oparciu i zajął się swoją komórką.
- Khy, khy 
- Co?
- Chciałam się przebrać.
- To się przebieraj. - boże jak ten matoł mnie czasem do szału doprowadza. Pewnego dnia będę przez niego kwiatki od spodu wąchała.
- Tutaj.
- Aaaa. To ja już wychodzę. - blondyn wyszedł tym samym sposobem, którym wszedł, a ja zaraz po tym, jak opuścił pokój zasłoniłam rolety.
Założyłam na siebie bursztynowe bikini zawiązywane na plecach, szyi i biodrach, oraz króciutką, przezroczystą i beżową sukienkę, sięgającą mi przed kolano. Na nos wsunęłam okulary przeciwsłoneczne, a włosy zaczesałam na prawe ramię. Do torby plażowej włożyłam najpotrzebniejsze rzeczy, a z szafy wyciągnęłam pleciony kapelusz.
Postanowiłam odwiesić rolety i zamknąć dom, bo miałam zamiar iść do Austina i razem z nim zaczekać na resztę. Jak postanowiłam, tak też zrobiłam. Jego akurat nie było w pokoju, ale łatwo do niego weszłam. Na parapecie leżała kartka:
Jem obiad, ale zaraz będę. Mam nadzieję, że założyłaś jednak bikini. Nie wiem, bo ktoś musiał zasłonić rolety ;P Czekaj na mnie, a jak coś, to na biurku leży czekolada.
Całuję. Austin
Po odczytaniu liściku zabrałam z biurka kostkę czekolady i usiadłam na łóżku. Austin ma bardzo ładny pokój.  Ściany pomalował na niebiesko. Meble są zrobione z olchy, i mają śliczny kolor. W ich skład wchodzi szafa, biblioteczka, regał i biurko. Panele także są wykonane z tego drzewa.
- Bu! - chłopak gwałtownie otworzył drzwi próbując mnie przy tym wystraszyć. Szczerze mówiąc ciśnienie podniosło mi się trochę do góry.
- Smaczny był obiadek? - zapytałam.
- Bardzo. - podszedł do szafki i wyciągnął z niej całą paczkę chipsów.
- Skąd ty masz w tym pokoju tyle jedzenia?
- To na wypadek apokalipsy. - taaa... poczucie humoru, to coś, co z czym się nigdy nie rozstaje.
- Gadałeś z rodzicami o LA? Wiesz, że z dwa tygodnie wylatujecie. - upewniłam się.
- No właśnie... Ale zaraz. Jak to " wylatujecie" ? A co z tobą? 
- Muszę pomóc mamie i lecę za tydzień.
- A co z nami?
- Kogoś po was wyślę, albo sama przyjadę.
- Dobra. No, a jeśli chodzi o rodziców, to...
- Nie mów mi tylko, że...
- No, ale oni tak cię uwielbiają. Nie możesz ty im powiedzieć?
- Nie. Nie ma mow... - nienawidzę, gdy patrzy na mnie jednym z tych swoich błagalnych spojrzeń. Zawsze wtedy ulegam. - Nie... No niech ci będzie.
- Dzięki. Jesteś wspaniała.
Z dołu słychać było dźwięk dzwonka. Trish i Dez przyszli.
- Cześć. - przywitali się.
- Siema. To co, idziemy? - zasugerowałam.
Wyszliśmy z domu Moonów i poszliśmy na plażę przez park. Była to długa, ale najbardziej malownicza droga. Zawsze, gdy tam tędy szliśmy tematy do rozmowy same do nas przychodziły.

*Austin*
Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Czas upływał nam dość szybko w tak miłej atmosferze. Niestety stało się coś, co w jeden ułamek sekundy ją zniszczyło.
- Ally. Dostałaś wiadomość. - powiedziała Trish.
- No, masz rację. - szatynka wyciągnęła z torby telefon i przejrzała skrzynkę odbiorczą. - To tata. Pisze, że jest już w domu i muszę natychmiast wrócić.
- A wiesz przynajmniej dlaczego? - martwiłem się.
- Nie, ale ponoć to ważne.
- To choć. Idziemy. - zaalarmowała włoszka i zrobiła zwrot o 180 stopni.
- Nie. Wy idźcie na plażę, ja sobie poradzę.
- Nie ma mowy. Idziemy z tobą.
W końcu doszliśmy pod dom przyjaciółki. Ta lekko uchyliła drzwi, aby sprawdzić, czy ktoś nie szwenda się może po przed pokoju.
- Czysto. Wchodzimy. - zarekomendowała.
Weszliśmy powolnym krokiem do mieszkania. Na wycieraczce zostawiliśmy buty, a Ally wyjęła nam z szafki ciapcie.
- Cześć tato. - zawołała i weszła do salonu. 
Staliśmy w holu i czekaliśmy na jaki kolwiek znak, ale żadnego nie dostaliśmy. W końcu ruszyliśmy w stronę szatynki.
Gdy ją zobaczyłem przeraziłem się nie na żarty. Ally stała osłupiała w futrynie, a po jej policzkach zaczęły spływać grube łzy. Na kanapie siedział jakiś brunet. Był ubrany w czarne spodnie, białą bluzkę i granatową bluzę.
- Cześć. - powiedział niepewnie.
Ally zasłoniła sobie usta ręką i zaczęła płakać. Po chwili podbiegła do nas i mocno się we mnie wtuliła.
- Kto to jest? - wyszeptałem jej do ucha, ale ona milczała.
Brunet podniósł się z miejsca i podszedł do nas. Trish i Dez nadal stali osłupiali, ale już powoli dochodzili do siebie. 
- Jestem Jack. Były chłopak Ally. - myślałem, że zaraz zwariuje. Przede mną stał chłopak, który złamał mojej przyjaciółce serce. Jak on miał w ogóle czelność się tu pokazywać.
- Właśnie. Były. Więc nie rozumiem, co tu jeszcze robisz. - Zawołała Trish.
- Chciałem przeprosić... - nie dokończył, bo Ally mu przerwała.
- Przeprosić!? Przeprosić!? Trzeba było o tym myśleć zanim ze mną przez SMS' a zerwałeś. Ty wiesz jak ja się wtedy czułam!? Jak jakaś idiotka! Trzy bite lata przez ciebie zmarnowałam i nie mam zamiaru tracić już ani sekundy. - pierwszy raz widziałem Ally taką oburzoną. Zawsze wiedziałem, że potrafi pokazać tzw. powera, ale nie, że aż tak.
- Wynocha z mojego mieszkania. - wyrzuciła go za drzwi i mocno nimi trzasnęła.
- Ally. Zostawił telefon. - powiedział Dez.
Szatynka podeszła jeszcze raz do drzwi i je otworzyła. Chłopak stał  jeszcze na werandzie.
- I z życia też. - uśmiechnęła się nieszczerze i rzuciła komórką w trawnik.
- Ale Ally zaczekaj. - Jack zdążył się wślizgnąć do mieszkania i złapał Ally za rękę.
- Nie dotykaj mnie! - wrzasnęła, ale nie poskutkowało.
Pan Dawson się ulotnił. Tak, nie ma to jak dobry tatuś. Ale on zawsze powtarzał, że nie będzie się mieszać w życie swoich dzieci po szesnastym roku istnienia.
- Słuchaj! - Trish, Dez i ja zareagowaliśmy w tym samym czasie. - Powiedziała, że masz ją zostawić.
- Chciałbym porozmawiać z Ally sam na sam. - jak temu człowiekowi zaraz nie walnę w twarz, to mnie szlag trafi.
- Ale ja nie chcę. - powiedziała zdenerwowana Ally.
- Ale ja nie chcę, żebyś mi wybaczyła, tylko wysłuchała! - no. W końcu nawet on podniósł głos.
- Dobra. Daje ci dziesięć minut. Ale ani sekundy dłużej. - szatynka uległa. Może i była na niego zła, ale w jej oczach nie było obojętności, ani co dziwne nawet ciekawości. Był w nich żal i tęsknota. Kocham moich przyjaciół najbardziej na świecie i serce mi się kraja, gdy nie są szczęśliwi. Wiem, że ci ludzie oddali by za mnie życie i robię wszystko, aby oni odczuwali to samo. Każdy z nas szuka tej prawidłowej definicji słowa prawdziwy przyjaciel. Ja dzięki tym ludziom ją odnalazłem. I wiem, że prawdziwy przyjaciel to ktoś, kto czyta mnie jak książkę. I gdy wszyscy dookoła chwalą mój piękny i szczery uśmiech on potrafi dostrzec w moich oczach smutek. I wiem, że bez nich będę zerem, nikim. To oni są moją prawdziwą podporą i ostoją w czasie burzy. Tylko dzięki nim mam odwagę wstać i powitać nowy dzień z uśmiechem na ustach i nie lękam się. Właśnie oni są moim światełkiem w tunelu, przez który boję się iść sam. Wiem i czuję, że los przysłał mi najwspanialszych ludzi na świecie. Dla mnie nawet ich wady stają się zaletami. Kocham ich. Ludzi, którzy akceptują to, że jestem sobą. Bo za to oni także kochają mnie.
---------------------------------------------------------------------------------
To trochę zaczęło się dziać. Teraz dużo będzie takich scen. Przynajmniej tak myślę. Mam nadzieję, że się podobało. Jeśli tak, to komentujcie. Jak nie możecie na blogu wysyłajcie e - maile na adres lauramarano04@gmail.com Gorąco pozdrawiam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz