wtorek, 15 lipca 2014

Rozdział 18

* Austin *
Po tym jak wróciłem do pokoju włączyłem komputer i zalogowałem się na facebook'u.
Chciałem z kimś porozmawiać, bo nie bardzo miałem ochotę schodzić do rodziców. Już przy śniadaniu dziwnie się zachowywali.
 Zdziwiłem się nieco, gdy okazało się, że jedyną dostępną osobą jest Kira Star, która chodzi razem ze mną do jednej klasy. Ocho. Już to widzę. Po naszej ostatniej kłótni... Już chyba wolę zejść do salonu i obejrzeć jakąś głupią komedię słuchając przy tym rodziców, którzy naiwnie myślą, że nie wiem, że coś przede mną ukrywają.
- Cześć Austin. - za późno. Kira już napisała do mnie na czacie.
- Cześć. Co u ciebie? - pierwsze koty za płoty. Ja mnie ochrzani, to przynajmniej nie będę musiał wysłuchiwać, że się nią już w ogóle nie interesuje.
- Kiedyś nie musiałeś o to pytać. - nosz kurde. Co ja miałem niby zrobić, kiedy się okazało że ona się we mnie podkochuje? Serio, próbowałem jej siebie obrzydzić, nawet chciałem się zmusić do tego, aby mi się zaczęła podobać, ale nic. Po prostu była dla mnie zwykłą KOLEŻANKĄ.
- Kira. Dobrze wiesz, że nie chciałem ci robić przykrości. - za pierwszym razem się zdenerwowała, ciekawe co będzie teraz.
 Czekałem pięć, później kolejne pięć, później jeszcze dziesięć minut,ale dziewczyna siedziała cicho. Dopiero po dwudziestu minutach znów pojawił się wpis, którego nadawcą była Kira.
- Ok.Może trochę mnie poniosło. Chciałeś dobrze. - i znów dymek przy jej nazwisku stał się czerwony.
 Kolegowaliśmy się się kiedyś. Nie tak dawno. Może... pół roku temu? Nie wiem. Kira była na prawdę fajna. Lubiłem ją, bo jako jedyna dziewczyna nie chciała mnie poderwać. Nie byliśmy przyjaciółmi. Po prostu... Trudno to wytłumaczyć. Po jakimś czasie Kira zaczęła się dziwnie zachowywać. Nie tolerowała moich dziewczyn ,robiła się chorobliwie zazdrosna i takie tam. I wyszło na jaw, że się we mnie podkochuje. Mimo moich setek planów nie odkochała się, ani ja nie zakochałem. Porozmawialiśmy na poważnie i uznaliśmy, że lepiej jak po prostu zerwiemy ze sobą jakikolwiek kontakt. Kira strasznie z tego powodu cierpiała. Chyba przeżywa do tej pory.  Gdy pojawiłem się z Ally w drzwiach pierwszego ( a raczej drugiego, licząc rozpoczęcie) dnia szkoły spojrzała na mnie smutno.
 Schodząc na dół usłyszałem śmiechy i poczułem zapach pieczonego kurczaka. Przy stole siedzieli moi rodzice i ciocia Adele z dziećmi ( od aut.: Zapomniałam ich wpisać w rodzinie Austina, ale obiecuję, że to uzupełnię ). Ciocia Adele to siostra taty i w sumie jedyna nasza bliższa rodzina. Jej mąż - wujek Mark jest ginekologiem. Mają trójkę dzieci: dwunastoletnią Charlie, czteroletniego Oscara i dziewiętnastoletnią Stellę. Mieszkają w Los Angeles, więc rzadko się widujemy. Ich dom leży na Beverly Hills. Na brak pieniędzy nie narzekają. Wuj nieźle zarabia.
- Ciocia, Wujek! -zawołałem uradowany i szybko zbiegłem ze schodów.
- Cześć Austiś! - ciocia męczy mnie tą ksywką już od szesnastu lat. Ale nie powiem. Przyjęła się w trybie natychmiastowym.
- Cześć ciociu. - ucałowałem ją w policzek.
- Cześć Austin. - powiedział wujek i przybił mi piątkę.
- Cześć młody. - poczochrałem Oscara, który przylepił mi się do nogi. - Charlie. Wyglądasz ślicznie. - zwróciłem się do dwunastoletniej, zbyt wysokiej jak na swój wiek blondi. Ten kolor w naszej rodzinie jest dziedziczny. Tylko wujek mark się wyróżnia.
Usiadłem przy stole nieopodal milczącej do tej pory Stell.
- Cześć. 
- Cześć. Przepraszam cię. Mam problemy miłosne. - szepnęła mi na ucho.
- Mamuń. Co to za okazja? - zapytałem.
- Powiemy wam później. Teraz dzwoń po przyjaciół. Traktujemy ich jak członków rodziny, a to jest spotkanie rodzinne.
 Jak powiedziała tak zrobiłem. Moi przyjaciele mieli być za dziesięć minut. I dokładnie tyle na nich czekaliśmy. Pierwszy przyszedł Dez, którego cała rodzina dobrze znała i lubiła. Później przybyła Trish, znana do tej pory tylko moim rodzicom. Najdłużej musieliśmy czekać na ulubienice mojej mamy, czyli Allyson.
 Gdy wszyscy, prócz szatynki siedzieliśmy przy stole ktoś zapukał do drzwi.
- Pójdę otworzyć. - powiedziałem.
- Cześć. - powiedziała Ally w przedpokoju zdejmując buty i ucałowała mnie w policzek.
- Ile można na ciebie czekać?! - zapytałem, ale patrząc po jej ubraniu wiedziałem, że jak przystało na dziewczynę przeszukiwała szafę pół godziny.
- To twoja rodzina. Muszę jakoś wyglądać. - wyjaśniła, jakby to było oczywiste.
- Proszę cię. Mają cię polubić za to, jaka jesteś, a nie za twoje ciuchy.Ale wyglądasz ślicznie.
 Weszliśmy do salonu i podeszliśmy do stołu. 
- Chwila. - powiedziała wolno Stell. - Ty masz na imię Ally, tak?
- Tak. 
- Mieszkasz na Beverly Hills?
- Mieszkałam. - odpowiedziała nieco zmieszana.
- Co?! Mieszkałaś na Beverly Hills. Przecież tam mieszkają milionerzy! - zawołałem zdenerwowany.
- to ty nie wiedziałeś? - zapytał Dez - Przecież sama nam mówiła, że jest przyjaciółką
 " Perfect' u ". Na pewno ją zatrudnili i teraz zarabia googlyliony.
- Dez. Nie ma takiej liczby jak googlylion. Jest gazylion,który jest tak ogromny, że nie nie da się tyle zarabiać. - odezwała się Ally.
- Twoja głupota mnie przeraża. - powiedziała Trish.
- Nie ważne. Tak Austin. Mieszkałam w Beverly Hills, ale nie jestem milionerką. Nie noszę się tak jak te niektóre laleczki, co myślą, że przez całe życie będą spały na kasie. Przecież mnie znasz. To, gdzie się wychowałam nie powinno cię obchodzić. - powiedziała Ally.
- Dobra. Niech ci będzie.
- Przepraszam, ale skąd wiesz, gdzie mieszkałam. - szatynka zwróciła się do Stelly.
- Nie pamiętasz mnie? To ja Stella. - blondi odsłoniła ramię pokazując tatuaż z kluczem wiolinowym.
- Stella! - zawołała Ally i rzuciła się jej na szyję. - Obcięłaś włosy. Dlatego cię nie poznałam.
- Khy. Khy. - zakaszlała ciocia. - Stella. Kiedy sobie zrobiłaś tatuaż?
- Wszyscy sobie zrobiliśmy. Nie pamięta mnie pani? Jestem przyjaciółką Stelly. Pracowałyśmy kiedyś razem. 
Ciocia przyjrzała się jej bliżej i zawołała ochoczo " Ally! "
 Później dość długi okres czasu zajęło dziewczynom tłumaczenie ich znajomości. Stella była kiedyś współpracowniczką Ally, ale wyjechała do Włoch na wymianę. Po jakimś czasie po prostu urwał im się kontakt. Dowiedziałem się przy okazji, że wujek Mark pracuje z mamą Ally.
- Skoro wszystko już sobie wyjaśniliśmy... - zaczęła mama.
- Chcielibyśmy wam coś powiedzieć. - dokończył tata.
 Wszyscy zwrócili się w ich stronę z wielką powagą.
- Jestem w ciąży!!! - zawołała entuzjastycznie mama.
Najpierw po domu rozległ się krzyk radości, później rodzice wyjaśnili, który to już miesiąc ( piąty ), płeć ( chłopiec) itp.
- Dez, Trish. Chcielibyśmy, abyście zostali chrzestnymi. - powiedział ojciec, na co przyjaciele odparli oczywiście TAK.
- Bardzo pani dziękujemy.Na pewno się sprawdzimy. - powiedziała Trish.
- To świetnie. Mark, znasz może jakąś choćby praktykantkę, która mogłaby mi pomóc?
Mam już soje lata i nie chcę, żeby mały na tym ucierpiał.
- Jasne, że znam. Jest naprawdę dobra.
- A kto to?
- Ally. Jej mama jest świetnym ginekologiem i przelewa całą wiedzę i doświadczenie na jedyną córkę.
- Ojczym też. - syknęła Ally niekontrolowanie.

---------------------------------------------------------------------------------
Mamy osiemnasty rozdział. Wiem, że trochę tu namąciłam z bohaterami, ale wszystko się wyjaśni i wpiszę Stellę w bohaterach. Wcześniej aby dodać komentarz trzeba było się zalogować, ale teraz poszperałam w ustawieniach i już nie trzeba, więc
                                CZYTASZ=KOMENTUJESZ

wtorek, 1 lipca 2014

Rozdział 17

- Na razie. - rzuciłam i zamknęłam laptopa.
 Usiedliśmy z Austin' em na łóżku. Siedzieliśmy w ciszy. Ale nie takiej miłej, jak na przykład podczas spaceru, tylko w takiej niezręcznej ciszy, jak na przykład... po tym, co się wydarzyło, a raczej prawie wydarzyło przed sekundą. 
- Nie no, zaraz nie wytrzymam. - odezwał się, a raczej wrzasnął blondasek. Zmarszczyłam czoło udając nic nierozumiejącą.
 - Proszę cię. Nic takiego się nie stało. Najlepiej o tym zapomnieć i kropka.
- Ale o czym? - odparłam pół żartem, przez co oberwałam poduszką.
- Mówił ci ktoś kiedyś, że masz ładny oddech? - zapytał po sekundzie.
- Nie.
- No to, masz ładny oddech.
- Dzięki, chyba. Ale skąd ty...
- Stałem kilka centymetrów przed tobą, a nawet nie wiem, czy nie milimetrów. Tylko ja wiem, jak ładnie pachniesz z bliska.
- Nie tylko ty. - sprostowałam. 
- Co?!
- Jack też coś nie coś o tym wie. - powiedziałam zadziornie.
- Przepraszam, chyba coś źle usłyszałem.
- Wcale, że nie. On mnie całował, a nie tylko stał obok.
- Jeszcze raz zapytam, CO?!
- Nico. Baj baj. - odparłam otwierając okno.
- Cześć. - chłopak pocałował mnie w policzek i zniknął gdzieś wśród rozgałęzionego drzewa.
 Stałam w nim dłuższą chwilkę, czekając, aż blondasek zapali światło i znów będę mogła powiedzieć mu dobranoc. Wyczekiwania przerwał mi jednak kawałek piosenki, którą ostatnio napisałam dla PERFECT, czyli innymi słowy dzwonek mojego telefonu.
- Taylor. - uśmiechnęłam się sama do siebie.
 Odebrałam połączenie i usłyszałam rozgniewaną przyjaciółkę.
- Ty sobie z nas jaja robisz?! - zapytała podirytowana.
- Też miło cię słyszeć.
- Nie odbierasz telefonów, ani ode mnie, ani od bliźniaków. Nie odpisujesz na SMS-y. Nie dajesz żadnego znaku życia. Wymieniać dalej? - ciągnęła swoją monotonną wypowiedź niczym moja mama, jak uciekłam na imprezę. Bla, bla, bla. - Myślałam, że się przyjaźnimy.  Powinnaś zadzwonić choć raz w tygodniu.
- Przepraszam, ale miałam dużo na głowie.
- Czyli jest chłopak.
- Nie chłopak, tylko przyjaciel. I tak. Przez niego nie miałam czasu.
- To opowiadaj o tym " przyjacielu ". Zaraz, zaraz... A Jack?!
- Nie jesteśmy już razem. Rzucił mnie, nie wiem czemu...
- Przecież powiedział, że jedzie się z tobą zobaczyć.
- I zobaczył.
- Wpuściłaś go do domu?
- Ale nie zabalował tu długo. Austin zaraz go wyprosił.
- Kto?
- Och. - westchnęłam ciężko. - Mój przyjaciel.
- Austin, ładnie. Ale skupmy się teraz na Jacku. Jak cię rzucił?
- Przez SMS-a.
- A to kretyn jeden. Bidulko ty moja. Jak to zniosłaś?
- Jako tako. Nie załamałam się tylko dla tego, że Austin mnie wspierał. Czasami odnoszę wrażenie, że jest dla mnie jak brat. Często mam go dość, ale nawet minuty sobie bez niego nie wyobrażam. - usłyszałam cichy śmiech.
- No, teraz rozumiem, czemu się tak szybko pozbierałaś. - śmiała się dalej.
- Ha, ha, ha. To tylko przyjaciel, nic więcej.
- Proszę cię. Wierzysz w przyjaźń damsko - męską.
- Tak, bo obie do takiej należymy.
- Co?
- A Brady i Brad.
- Oj kochana, to to zupełnie inna sprawa. Bliźniaki z nami pracują, podkreślając NAMI.
- Dobrze, więc Austin i ja też razem pracujemy, a poza tym oprócz niego jest jeszcze Dez i Trish.
- Ok. Ale wycofam podejrzenia, jak go poznam. Zabierasz ich na ślub?
- Tak, tak. Ma nadzieję,, że mama dała wam zaproszenia.
- Dała. Nie musisz się niczym martwić. 
- A jak wasza nowa płyta?
- Właśnie. À propos  płyty. Gabe napomniał coś na temat duetu, czy coś w tę mańkę.
- Wiem. Macie zaśpiewać wraz z jakimś artystą. Tylko na razie na nic się nie zgadzajcie. Jak coś to mów, że szczegóły związane z płytą proszę omawiać z menadżerką, jasne?
- Jak słońce.
- Dobra, to ja już będę kończyła. Ucałuj chłopków.
- A ty Trish.
Gdy nasza rozmowa dobiegła końcu postanowiłam położyć się spać. Jutro przede mną ciężki i pracowity dzień. Nie dość, że szkoła, to jeszcze muszę porozmawiać z Jack' iem, załatwić loty do Los Angeles, zająć się płytą przyjaciół. A tak w ogóle, to ja jestem ich menadżerką. I nie tylko. Kompozytorką i najlepszą przyjaciółką też. Bardzo za nimi tęsknię. Mam tylko nadzieję, że znajdą wspólny język z tymi nowo poznanymi przyjaciółmi.