Jack usiadł razem z Ally na kanapie, Trish i ja na oparciach, a Dez przy stole. Ja zająłem miejsce koło naszego gościa, aby móc go od razu udusić, jak szatynka znów się popłacze.
- Więc... - popędzał Dez podirytowany. Ale kto wtedy nie był.
- Ally. - chłopak złapał ją za ręce, ale ona je szybko cofnęła. - Chciałem cię przeprosić. Zachowałem się jak kretyn. Zasługujesz na kogoś lepszego. Tylko, że ja uznałem, że tobie będzie lepiej, gdy się rozstaniemy. Nie będziesz tak tęsknić i zapomnisz. O mnie, o nas, o tym co między nami było. - tłumaczył.
- Ale nie lepiej o tym porozmawiać, a dopiero potem działać. Dla każdego byłoby lepiej i nie wylałabym tyle łez. Brakowało mi ciebie i... Nadal brakuje. - dziewczyna znów miała łzy w oczach, ale tym razem nie były ze smutku, czy strachu. Były spowodowane bezradnością. Szkoda mi jej. Chcąc zamieszkać tu zostawiła wszystko, co miała. Rodzinę, przyjaciół, miłość. Dlatego nigdy nie była do końca szczęśliwa. - Nawet nie wiesz jak. Wszystkiego. Ciebie, mamy, Gaby' a, Taylor, i bliźniaków. Gdyby nie Dez, Trish i Austin ciągnęłabym teraz na tabletkach anty depresyjnych. Zostawiłeś mnie, gdy cię potrzebowałam najbardziej. Najpierw przestałeś pisać, później dzwonić, a w końcu... - chłopak siedział ze zwieszoną głową i nic nie mówił.
- Dziesięć minut minęło. - powiedziałem w końcu. - Chyba wiesz gdzie są drzwi.
- Tak. - odetchnął ciężko - Mam nadzieję, że dobrze się nią zaopiekujesz.
- Nie martw się. Ally jest w dobrych rękach. - powiedziałem, a raczej syknąłem przez zęby sztucznie się uśmiechając.
- Jack! Zaczekaj. - wrzasnęła szatynka. - Kiedy wracasz do LA?
- Za tydzień.
- Jak chcesz, to... Ewentualnie możemy się spotkać, żeby wszystko dokładnie omówić. Wyszło by nam to na dobre. - zaproponowała z nadzieją.
- Chętnie. - chłopak ucałował ją w policzek i wyszedł.
Wróciliśmy do salonu. Ally włączyła telewizor i usiadła na kanapie jakby nigdy nic.
- Wszystko ok? - zmartwiła się Trish.
- Nie martw się. On nie jest tego wart. - odezwał się Dez. Wcześniej dość długo milczał.
- Ej. Wszystko dobrze. Naprawdę. - nie wiem po co i nie wiem na co, ale ona potrafi tak grać w nieskończoność. Wyglądała na wesołą, ale tak na prawdę pod tą maską krył się smutek i przygnębienie.
* Ally *
Bezradność wzięła nade mną górę. Wyszłam z salonu i pobiegłam na górę trzaskając drzwiami. Przyjaźń. To słowo ma w sobie tyle energii i entuzjazmu, że gdy człowiek jej doświadcza jest zdolny przenosić góry. W moim przypadku jest tak samo. Gdyby nie przyjaciele siedziałabym całe dnie na kanapie zamknięta w sobie. Czasem trzeba jednak odpocząć nawet od niej.
Siedziałam oparta o drzwi i cicho płakałam.
- Chodźcie. Ona potrzebuje trochę spokoju. - usłyszałam Trish.
" Kochana. Zawsze wie, kiedy odpuścić" pomyślałam.
Ciągle opierałam się o drzwi i szlochałam. Melancholia, żal, złość. To wszystko kotłowało we mnie i nie pozwalało zapomnieć o Jack' u. O dobrych i złych momentach. O chwilach spędzonych razem. O naszym pierwszym spotkaniu i rozstaniu. Po prostu o wszystkim. Tyle łez wylałam i tyle sił straciłam w walce ze samą sobą. Dlaczego to wszystko nie może ze mnie wyfrunąć? Ulecieć gdzieś w dal, jak najdalej ode mnie. Roztopić się jak śnieg na wiosnę i nie wrócić. Już nigdy. Mam teraz ochotę wtulić się w sukienkę mamy i wypłakać w nią wszystkie łzy. Może nie zawsze mogłam na nią liczyć, ale teraz to jej najbardziej potrzebowałam.
Postanowiłam włączyć komputer i skontaktować się z nią przez video - chat.
- Hej mamuń. - powiedziałam ospale.
- Cześć córeczko. - odezwała się swoim melodyjnym i opiekuńczym głosem.
- Muszę z tobą porozmawiać. - opowiedziałam jej o wszystkim co się nie dawno wydarzyło.
- Skarbie. Ja nie chcę nic mówić, ale Taylor cię uprzedzała, że tak będzie.
Taylor to moja przyjaciółka. Mieszkała kiedyś w teraźniejszym domu Moonów. Jeszcze przed moją przeprowadzką. Los chciał, że miesiąc po tym, jak osadziłyśmy się z mamą w LA mama Taylor została przeniesiona na tą samą dzielnicę, na której znajduje się mój dom.
- Wiem. Ona od zawsze miała co do niego wątpliwości.
- Tylko ona...
- Ok. Bliźniaki i Jess też. - uśmiechnęłam się. Bliźniaki - Brad i Brady, są moimi najlepszymi przyjaciółmi. Razem z Taylor grają w zespole. Poznaliśmy się w szkole. Trochę standardowe spotkanie, ale i tak jest co wspominać. Wielka przyjaźń. A zaczęła się tak niewinnie. Robiliśmy razem projekt na muzykę, później graliśmy w jednym przedstawieniu, zaczęłyśmy przysiadać się z Taylor do stolika chłopaków, aż w końcu staliśmy się nierozłączni.
Jess natomiast jest moją kuzynką. Pracuje w NY jako niańka. Fajnie, nie. Pojechała zrobić karierę, a została zajmować się rozwydrzonymi dzieciakami byłej supermodelki i reżysera.
- Ally! - ktoś krzyczał zza okna. Tym kimś był Austin.
- Co ty tu robisz? - zapytałam otwierając okno.
- Martwiłem się o ciebie. Nie dajesz żadnego znaku życia. - odparł stając akurat przed kamerką.
- Dzień dobry. - zawołała moja mama.
- Dzieeeń doooobry. - przeciągnął zawstydzony Austin.
- Ty pewnie jesteś Austin, tak? Ally dużo mi o tobie opowiadała. - jak powie, co o nim mówiłam, to słowo daję, że nie ujdzie z życiem.
- A pani jest siostrą Ally? Nic mi nie mówiła, że ma rodzeństwo. - o matko. Jaki on słodki. Wie, jak zrobić na dziewczynie dobre wrażenie.
- Nie. To moja mama. - powiedziałam przewracając oczami.
- Miałaś rację słonko. Na prawdę jest uroczy. - nie, no zaraz zwariuję!
- Mamo! - jęknęłam poprzez zaciśnięte zęby.
- Szkoda, że nigdy mi tego nie powiedziałaś. Miałbym się czym w szkole chwalić. - powiedział żartobliwie Austin.
- Bo byś nie miał. - powiedziałam stanowczo.
- Serio? - zapytał przybliżając się do mnie.
- Jak myślisz, że n ciebie lecę, to się grubo mylisz. Mnie jakoś nie ruszają samoopalacze i rozjaśniacz do włosów. - spojrzałam mu w oczy, które były zaledwie kilka centymetrów od mojej twarzy.
- Khy, khy - zakasłała moja mama. - Przepraszam, że przerwę wam te amory, ale mam za chwilkę dyżur w szpitalu i muszę się spieszyć. - momentalnie od siebie odskoczyliśmy i oblaliśmy się niemałym rumieńcem.
piątek, 20 czerwca 2014
czwartek, 5 czerwca 2014
Rozdział 15
Okazało się, że po jakimś czasie postanowiliśmy się przejść i tak doszliśmy do mojego domu. Najlepszy był filmik, gdzie próbowaliśmy otworzyć drzwi od mieszkania. Najpierw próbowałam ja. Tak z pięć razy upuściłam klucz i szukałam go w szparkach w podłodze. Było mega śmiesznie. Następna była Trish. Oprócz klucza od domu na breloczku mam jeszcze klucze od garażu, samochodu, motoru, zapinania do roweru, klucze do mieszkania w LA i do dużo innych drzwi, które zamykamy na zamek. No i gdy Trish szukała tak dobrego klucza, to my mieliśmy niezły ubaw, bo ona tak ma, że jak się zdenerwuje, to gada sama do siebie.
Później był mózg naszej paczki, czyli Dez. A on, jak to on na przekór znalazł ten dobry klucz, tyko, że przekręcić go w zamku nie umiał. I w końcu nasz wybawiciel, czyli Austin. Temu udało się od razu. Za pierwszym razem zrobił coś, co nam nie udawało się przez pół godziny. A tak na marginesie, to mamy szczęście, że noce w Miami są ciepłe. No i tak znaleźliśmy się w moim domku.
- Idziemy dziś na plaże? - zapytała Trish, gdy skończyliśmy śniadanie.
- Chętnie. - zgodziliśmy się wszyscy i wstaliśmy od stołu.
Każdy rozszedł się do domów, by się przygotować. Mówiłam już, że mieszkamy z Austinem okno w okno. Oznacza to, że nasze okna są równoległe do siebie. Gdy blondyn wszedł do pokoju zaraz za nim wparowała wściekła pani Moon. Zaczęła mu tłumaczyć, że powinien zadzwonić i uprzedzić, że nie wróci na noc. W końcu tak się na niego wydarła, że aż stanęłam za szybą jak osłupiała. Gdy kobieta mnie zauważyła momentalnie oblała się rumieńcem i pomachała mi zawstydzona. Blondyn zachichotał cicho, a rodzicielka posłała mu krwiożercze spojrzenie, po czym wyszła. Dąb stojący na posesji państwa Moon jest bardzo rozłożysty. Jedna z gałęzi sięga do mojego pokoju, a druga do pokoju Austina. Pomiędzy nimi stoi stary domek na drzewie. Gdy chłopak chce przejść do mnie albo ja do niego, musimy przejść po jednej gałęzi, przez domek i po drugiej. Tak było i teraz. Jakimś dziwnym sposobem chłopaki szykują się szybciej od dziewczyn i muszą czekać na płeć piękną. Blondasek wślizgnął się do mnie bez problemu i opadł zmęczony na łóżko.
- Moja rodzina mnie kiedyś wykończy! - wyrzucił zmęczony.
- Prędzej to ja się o to postaram. - zabrzmiało poważnie, ale specjalnie nadałam głosowi ten ton. - Który strój mam założyć? - pokazałam chłopakowi dwa tankini. Jednio niebieskie, a drugie czarne.
- Coś dwuczęściowego.
- Ale ja nie lubię...
- Nie ma, że nie lubisz. Na pewno jakieś masz, bo Trish mi mówiła, że razem kupowałyście.
- No mam ale...
- To je załóż.
- Dobra. - odburknęłam.
Austin ponownie położył głowę na mojej poduszce, a nogi na oparciu i zajął się swoją komórką.
- Khy, khy
- Co?
- Chciałam się przebrać.
- To się przebieraj. - boże jak ten matoł mnie czasem do szału doprowadza. Pewnego dnia będę przez niego kwiatki od spodu wąchała.
- Tutaj.
- Aaaa. To ja już wychodzę. - blondyn wyszedł tym samym sposobem, którym wszedł, a ja zaraz po tym, jak opuścił pokój zasłoniłam rolety.
Założyłam na siebie bursztynowe bikini zawiązywane na plecach, szyi i biodrach, oraz króciutką, przezroczystą i beżową sukienkę, sięgającą mi przed kolano. Na nos wsunęłam okulary przeciwsłoneczne, a włosy zaczesałam na prawe ramię. Do torby plażowej włożyłam najpotrzebniejsze rzeczy, a z szafy wyciągnęłam pleciony kapelusz.
Postanowiłam odwiesić rolety i zamknąć dom, bo miałam zamiar iść do Austina i razem z nim zaczekać na resztę. Jak postanowiłam, tak też zrobiłam. Jego akurat nie było w pokoju, ale łatwo do niego weszłam. Na parapecie leżała kartka:
Później był mózg naszej paczki, czyli Dez. A on, jak to on na przekór znalazł ten dobry klucz, tyko, że przekręcić go w zamku nie umiał. I w końcu nasz wybawiciel, czyli Austin. Temu udało się od razu. Za pierwszym razem zrobił coś, co nam nie udawało się przez pół godziny. A tak na marginesie, to mamy szczęście, że noce w Miami są ciepłe. No i tak znaleźliśmy się w moim domku.
- Idziemy dziś na plaże? - zapytała Trish, gdy skończyliśmy śniadanie.
- Chętnie. - zgodziliśmy się wszyscy i wstaliśmy od stołu.
Każdy rozszedł się do domów, by się przygotować. Mówiłam już, że mieszkamy z Austinem okno w okno. Oznacza to, że nasze okna są równoległe do siebie. Gdy blondyn wszedł do pokoju zaraz za nim wparowała wściekła pani Moon. Zaczęła mu tłumaczyć, że powinien zadzwonić i uprzedzić, że nie wróci na noc. W końcu tak się na niego wydarła, że aż stanęłam za szybą jak osłupiała. Gdy kobieta mnie zauważyła momentalnie oblała się rumieńcem i pomachała mi zawstydzona. Blondyn zachichotał cicho, a rodzicielka posłała mu krwiożercze spojrzenie, po czym wyszła. Dąb stojący na posesji państwa Moon jest bardzo rozłożysty. Jedna z gałęzi sięga do mojego pokoju, a druga do pokoju Austina. Pomiędzy nimi stoi stary domek na drzewie. Gdy chłopak chce przejść do mnie albo ja do niego, musimy przejść po jednej gałęzi, przez domek i po drugiej. Tak było i teraz. Jakimś dziwnym sposobem chłopaki szykują się szybciej od dziewczyn i muszą czekać na płeć piękną. Blondasek wślizgnął się do mnie bez problemu i opadł zmęczony na łóżko.
- Moja rodzina mnie kiedyś wykończy! - wyrzucił zmęczony.
- Prędzej to ja się o to postaram. - zabrzmiało poważnie, ale specjalnie nadałam głosowi ten ton. - Który strój mam założyć? - pokazałam chłopakowi dwa tankini. Jednio niebieskie, a drugie czarne.
- Coś dwuczęściowego.
- Ale ja nie lubię...
- Nie ma, że nie lubisz. Na pewno jakieś masz, bo Trish mi mówiła, że razem kupowałyście.
- No mam ale...
- To je załóż.
- Dobra. - odburknęłam.
Austin ponownie położył głowę na mojej poduszce, a nogi na oparciu i zajął się swoją komórką.
- Khy, khy
- Co?
- Chciałam się przebrać.
- To się przebieraj. - boże jak ten matoł mnie czasem do szału doprowadza. Pewnego dnia będę przez niego kwiatki od spodu wąchała.
- Tutaj.
- Aaaa. To ja już wychodzę. - blondyn wyszedł tym samym sposobem, którym wszedł, a ja zaraz po tym, jak opuścił pokój zasłoniłam rolety.
Założyłam na siebie bursztynowe bikini zawiązywane na plecach, szyi i biodrach, oraz króciutką, przezroczystą i beżową sukienkę, sięgającą mi przed kolano. Na nos wsunęłam okulary przeciwsłoneczne, a włosy zaczesałam na prawe ramię. Do torby plażowej włożyłam najpotrzebniejsze rzeczy, a z szafy wyciągnęłam pleciony kapelusz.
Postanowiłam odwiesić rolety i zamknąć dom, bo miałam zamiar iść do Austina i razem z nim zaczekać na resztę. Jak postanowiłam, tak też zrobiłam. Jego akurat nie było w pokoju, ale łatwo do niego weszłam. Na parapecie leżała kartka:
Jem obiad, ale zaraz będę. Mam nadzieję, że założyłaś jednak bikini. Nie wiem, bo ktoś musiał zasłonić rolety ;P Czekaj na mnie, a jak coś, to na biurku leży czekolada.
Całuję. Austin
Po odczytaniu liściku zabrałam z biurka kostkę czekolady i usiadłam na łóżku. Austin ma bardzo ładny pokój. Ściany pomalował na niebiesko. Meble są zrobione z olchy, i mają śliczny kolor. W ich skład wchodzi szafa, biblioteczka, regał i biurko. Panele także są wykonane z tego drzewa.
- Bu! - chłopak gwałtownie otworzył drzwi próbując mnie przy tym wystraszyć. Szczerze mówiąc ciśnienie podniosło mi się trochę do góry.
- Smaczny był obiadek? - zapytałam.
- Bardzo. - podszedł do szafki i wyciągnął z niej całą paczkę chipsów.
- Skąd ty masz w tym pokoju tyle jedzenia?
- To na wypadek apokalipsy. - taaa... poczucie humoru, to coś, co z czym się nigdy nie rozstaje.
- Gadałeś z rodzicami o LA? Wiesz, że z dwa tygodnie wylatujecie. - upewniłam się.
- No właśnie... Ale zaraz. Jak to " wylatujecie" ? A co z tobą?
- Muszę pomóc mamie i lecę za tydzień.
- A co z nami?
- Kogoś po was wyślę, albo sama przyjadę.
- Dobra. No, a jeśli chodzi o rodziców, to...
- Nie mów mi tylko, że...
- No, ale oni tak cię uwielbiają. Nie możesz ty im powiedzieć?
- Nie. Nie ma mow... - nienawidzę, gdy patrzy na mnie jednym z tych swoich błagalnych spojrzeń. Zawsze wtedy ulegam. - Nie... No niech ci będzie.
- Dzięki. Jesteś wspaniała.
Z dołu słychać było dźwięk dzwonka. Trish i Dez przyszli.
- Cześć. - przywitali się.
- Siema. To co, idziemy? - zasugerowałam.
Wyszliśmy z domu Moonów i poszliśmy na plażę przez park. Była to długa, ale najbardziej malownicza droga. Zawsze, gdy tam tędy szliśmy tematy do rozmowy same do nas przychodziły.
*Austin*
Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Czas upływał nam dość szybko w tak miłej atmosferze. Niestety stało się coś, co w jeden ułamek sekundy ją zniszczyło.
- Ally. Dostałaś wiadomość. - powiedziała Trish.
- No, masz rację. - szatynka wyciągnęła z torby telefon i przejrzała skrzynkę odbiorczą. - To tata. Pisze, że jest już w domu i muszę natychmiast wrócić.
- A wiesz przynajmniej dlaczego? - martwiłem się.
- Nie, ale ponoć to ważne.
- To choć. Idziemy. - zaalarmowała włoszka i zrobiła zwrot o 180 stopni.
- Nie. Wy idźcie na plażę, ja sobie poradzę.
- Nie ma mowy. Idziemy z tobą.
W końcu doszliśmy pod dom przyjaciółki. Ta lekko uchyliła drzwi, aby sprawdzić, czy ktoś nie szwenda się może po przed pokoju.
- Czysto. Wchodzimy. - zarekomendowała.
Weszliśmy powolnym krokiem do mieszkania. Na wycieraczce zostawiliśmy buty, a Ally wyjęła nam z szafki ciapcie.
- Cześć tato. - zawołała i weszła do salonu.
Staliśmy w holu i czekaliśmy na jaki kolwiek znak, ale żadnego nie dostaliśmy. W końcu ruszyliśmy w stronę szatynki.
Gdy ją zobaczyłem przeraziłem się nie na żarty. Ally stała osłupiała w futrynie, a po jej policzkach zaczęły spływać grube łzy. Na kanapie siedział jakiś brunet. Był ubrany w czarne spodnie, białą bluzkę i granatową bluzę.
- Cześć. - powiedział niepewnie.
Ally zasłoniła sobie usta ręką i zaczęła płakać. Po chwili podbiegła do nas i mocno się we mnie wtuliła.
- Kto to jest? - wyszeptałem jej do ucha, ale ona milczała.
Brunet podniósł się z miejsca i podszedł do nas. Trish i Dez nadal stali osłupiali, ale już powoli dochodzili do siebie.
- Jestem Jack. Były chłopak Ally. - myślałem, że zaraz zwariuje. Przede mną stał chłopak, który złamał mojej przyjaciółce serce. Jak on miał w ogóle czelność się tu pokazywać.
- Właśnie. Były. Więc nie rozumiem, co tu jeszcze robisz. - Zawołała Trish.
- Chciałem przeprosić... - nie dokończył, bo Ally mu przerwała.
- Przeprosić!? Przeprosić!? Trzeba było o tym myśleć zanim ze mną przez SMS' a zerwałeś. Ty wiesz jak ja się wtedy czułam!? Jak jakaś idiotka! Trzy bite lata przez ciebie zmarnowałam i nie mam zamiaru tracić już ani sekundy. - pierwszy raz widziałem Ally taką oburzoną. Zawsze wiedziałem, że potrafi pokazać tzw. powera, ale nie, że aż tak.
- Wynocha z mojego mieszkania. - wyrzuciła go za drzwi i mocno nimi trzasnęła.
- Ally. Zostawił telefon. - powiedział Dez.
Szatynka podeszła jeszcze raz do drzwi i je otworzyła. Chłopak stał jeszcze na werandzie.
- I z życia też. - uśmiechnęła się nieszczerze i rzuciła komórką w trawnik.
- Ale Ally zaczekaj. - Jack zdążył się wślizgnąć do mieszkania i złapał Ally za rękę.
- Nie dotykaj mnie! - wrzasnęła, ale nie poskutkowało.
Pan Dawson się ulotnił. Tak, nie ma to jak dobry tatuś. Ale on zawsze powtarzał, że nie będzie się mieszać w życie swoich dzieci po szesnastym roku istnienia.
- Słuchaj! - Trish, Dez i ja zareagowaliśmy w tym samym czasie. - Powiedziała, że masz ją zostawić.
- Chciałbym porozmawiać z Ally sam na sam. - jak temu człowiekowi zaraz nie walnę w twarz, to mnie szlag trafi.
- Ale ja nie chcę. - powiedziała zdenerwowana Ally.
- Ale ja nie chcę, żebyś mi wybaczyła, tylko wysłuchała! - no. W końcu nawet on podniósł głos.
- Dobra. Daje ci dziesięć minut. Ale ani sekundy dłużej. - szatynka uległa. Może i była na niego zła, ale w jej oczach nie było obojętności, ani co dziwne nawet ciekawości. Był w nich żal i tęsknota. Kocham moich przyjaciół najbardziej na świecie i serce mi się kraja, gdy nie są szczęśliwi. Wiem, że ci ludzie oddali by za mnie życie i robię wszystko, aby oni odczuwali to samo. Każdy z nas szuka tej prawidłowej definicji słowa prawdziwy przyjaciel. Ja dzięki tym ludziom ją odnalazłem. I wiem, że prawdziwy przyjaciel to ktoś, kto czyta mnie jak książkę. I gdy wszyscy dookoła chwalą mój piękny i szczery uśmiech on potrafi dostrzec w moich oczach smutek. I wiem, że bez nich będę zerem, nikim. To oni są moją prawdziwą podporą i ostoją w czasie burzy. Tylko dzięki nim mam odwagę wstać i powitać nowy dzień z uśmiechem na ustach i nie lękam się. Właśnie oni są moim światełkiem w tunelu, przez który boję się iść sam. Wiem i czuję, że los przysłał mi najwspanialszych ludzi na świecie. Dla mnie nawet ich wady stają się zaletami. Kocham ich. Ludzi, którzy akceptują to, że jestem sobą. Bo za to oni także kochają mnie.
---------------------------------------------------------------------------------
To trochę zaczęło się dziać. Teraz dużo będzie takich scen. Przynajmniej tak myślę. Mam nadzieję, że się podobało. Jeśli tak, to komentujcie. Jak nie możecie na blogu wysyłajcie e - maile na adres lauramarano04@gmail.com Gorąco pozdrawiam.
- Bu! - chłopak gwałtownie otworzył drzwi próbując mnie przy tym wystraszyć. Szczerze mówiąc ciśnienie podniosło mi się trochę do góry.
- Smaczny był obiadek? - zapytałam.
- Bardzo. - podszedł do szafki i wyciągnął z niej całą paczkę chipsów.
- Skąd ty masz w tym pokoju tyle jedzenia?
- To na wypadek apokalipsy. - taaa... poczucie humoru, to coś, co z czym się nigdy nie rozstaje.
- Gadałeś z rodzicami o LA? Wiesz, że z dwa tygodnie wylatujecie. - upewniłam się.
- No właśnie... Ale zaraz. Jak to " wylatujecie" ? A co z tobą?
- Muszę pomóc mamie i lecę za tydzień.
- A co z nami?
- Kogoś po was wyślę, albo sama przyjadę.
- Dobra. No, a jeśli chodzi o rodziców, to...
- Nie mów mi tylko, że...
- No, ale oni tak cię uwielbiają. Nie możesz ty im powiedzieć?
- Nie. Nie ma mow... - nienawidzę, gdy patrzy na mnie jednym z tych swoich błagalnych spojrzeń. Zawsze wtedy ulegam. - Nie... No niech ci będzie.
- Dzięki. Jesteś wspaniała.
Z dołu słychać było dźwięk dzwonka. Trish i Dez przyszli.
- Cześć. - przywitali się.
- Siema. To co, idziemy? - zasugerowałam.
Wyszliśmy z domu Moonów i poszliśmy na plażę przez park. Była to długa, ale najbardziej malownicza droga. Zawsze, gdy tam tędy szliśmy tematy do rozmowy same do nas przychodziły.
*Austin*
Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Czas upływał nam dość szybko w tak miłej atmosferze. Niestety stało się coś, co w jeden ułamek sekundy ją zniszczyło.
- Ally. Dostałaś wiadomość. - powiedziała Trish.
- No, masz rację. - szatynka wyciągnęła z torby telefon i przejrzała skrzynkę odbiorczą. - To tata. Pisze, że jest już w domu i muszę natychmiast wrócić.
- A wiesz przynajmniej dlaczego? - martwiłem się.
- Nie, ale ponoć to ważne.
- To choć. Idziemy. - zaalarmowała włoszka i zrobiła zwrot o 180 stopni.
- Nie. Wy idźcie na plażę, ja sobie poradzę.
- Nie ma mowy. Idziemy z tobą.
W końcu doszliśmy pod dom przyjaciółki. Ta lekko uchyliła drzwi, aby sprawdzić, czy ktoś nie szwenda się może po przed pokoju.
- Czysto. Wchodzimy. - zarekomendowała.
Weszliśmy powolnym krokiem do mieszkania. Na wycieraczce zostawiliśmy buty, a Ally wyjęła nam z szafki ciapcie.
- Cześć tato. - zawołała i weszła do salonu.
Staliśmy w holu i czekaliśmy na jaki kolwiek znak, ale żadnego nie dostaliśmy. W końcu ruszyliśmy w stronę szatynki.
Gdy ją zobaczyłem przeraziłem się nie na żarty. Ally stała osłupiała w futrynie, a po jej policzkach zaczęły spływać grube łzy. Na kanapie siedział jakiś brunet. Był ubrany w czarne spodnie, białą bluzkę i granatową bluzę.
- Cześć. - powiedział niepewnie.
Ally zasłoniła sobie usta ręką i zaczęła płakać. Po chwili podbiegła do nas i mocno się we mnie wtuliła.
- Kto to jest? - wyszeptałem jej do ucha, ale ona milczała.
Brunet podniósł się z miejsca i podszedł do nas. Trish i Dez nadal stali osłupiali, ale już powoli dochodzili do siebie.
- Jestem Jack. Były chłopak Ally. - myślałem, że zaraz zwariuje. Przede mną stał chłopak, który złamał mojej przyjaciółce serce. Jak on miał w ogóle czelność się tu pokazywać.
- Właśnie. Były. Więc nie rozumiem, co tu jeszcze robisz. - Zawołała Trish.
- Chciałem przeprosić... - nie dokończył, bo Ally mu przerwała.
- Przeprosić!? Przeprosić!? Trzeba było o tym myśleć zanim ze mną przez SMS' a zerwałeś. Ty wiesz jak ja się wtedy czułam!? Jak jakaś idiotka! Trzy bite lata przez ciebie zmarnowałam i nie mam zamiaru tracić już ani sekundy. - pierwszy raz widziałem Ally taką oburzoną. Zawsze wiedziałem, że potrafi pokazać tzw. powera, ale nie, że aż tak.
- Wynocha z mojego mieszkania. - wyrzuciła go za drzwi i mocno nimi trzasnęła.
- Ally. Zostawił telefon. - powiedział Dez.
Szatynka podeszła jeszcze raz do drzwi i je otworzyła. Chłopak stał jeszcze na werandzie.
- I z życia też. - uśmiechnęła się nieszczerze i rzuciła komórką w trawnik.
- Ale Ally zaczekaj. - Jack zdążył się wślizgnąć do mieszkania i złapał Ally za rękę.
- Nie dotykaj mnie! - wrzasnęła, ale nie poskutkowało.
Pan Dawson się ulotnił. Tak, nie ma to jak dobry tatuś. Ale on zawsze powtarzał, że nie będzie się mieszać w życie swoich dzieci po szesnastym roku istnienia.
- Słuchaj! - Trish, Dez i ja zareagowaliśmy w tym samym czasie. - Powiedziała, że masz ją zostawić.
- Chciałbym porozmawiać z Ally sam na sam. - jak temu człowiekowi zaraz nie walnę w twarz, to mnie szlag trafi.
- Ale ja nie chcę. - powiedziała zdenerwowana Ally.
- Ale ja nie chcę, żebyś mi wybaczyła, tylko wysłuchała! - no. W końcu nawet on podniósł głos.
- Dobra. Daje ci dziesięć minut. Ale ani sekundy dłużej. - szatynka uległa. Może i była na niego zła, ale w jej oczach nie było obojętności, ani co dziwne nawet ciekawości. Był w nich żal i tęsknota. Kocham moich przyjaciół najbardziej na świecie i serce mi się kraja, gdy nie są szczęśliwi. Wiem, że ci ludzie oddali by za mnie życie i robię wszystko, aby oni odczuwali to samo. Każdy z nas szuka tej prawidłowej definicji słowa prawdziwy przyjaciel. Ja dzięki tym ludziom ją odnalazłem. I wiem, że prawdziwy przyjaciel to ktoś, kto czyta mnie jak książkę. I gdy wszyscy dookoła chwalą mój piękny i szczery uśmiech on potrafi dostrzec w moich oczach smutek. I wiem, że bez nich będę zerem, nikim. To oni są moją prawdziwą podporą i ostoją w czasie burzy. Tylko dzięki nim mam odwagę wstać i powitać nowy dzień z uśmiechem na ustach i nie lękam się. Właśnie oni są moim światełkiem w tunelu, przez który boję się iść sam. Wiem i czuję, że los przysłał mi najwspanialszych ludzi na świecie. Dla mnie nawet ich wady stają się zaletami. Kocham ich. Ludzi, którzy akceptują to, że jestem sobą. Bo za to oni także kochają mnie.
---------------------------------------------------------------------------------
To trochę zaczęło się dziać. Teraz dużo będzie takich scen. Przynajmniej tak myślę. Mam nadzieję, że się podobało. Jeśli tak, to komentujcie. Jak nie możecie na blogu wysyłajcie e - maile na adres lauramarano04@gmail.com Gorąco pozdrawiam.
wtorek, 3 czerwca 2014
Rozdział 14
Rzuciłam torbę na kanapę i pomaszerowałam ospałym krokiem do kuchni. W brzuchu burczało mi strasznie, a przyznać muszę, że burczenie brzucha, to u mnie rzecz rzadko spotykana. Odgrzałam sobie zupę i zaniosłam ją do salonu. Włączyłam telewizor i zaczęłam jeść obiad. W pewnym momencie usłyszałam nową piosenkę " mojego " zespołu, tj.: "Perfect", która była ustawiona jako dzwonek mojego telefonu. Uśmiechnęłam się sama do siebie, bo na wyświetlaczu widniał napis MAMA.
- Hej mamuń.
- Cześć córeczko. Co u ciebie słychać.
- Wszystko dobrze. Szkoła... No jak to szkoła. Nigdy nie cieszy.
- Zawsze wiesz jak poprawić mi humor. A jak się trzyma Trish?
- Dobrze. Jak to ona. Razem z Dezem kłócą się bez przerwy.
- Przepraszam, że przerwę, ale z jakim Dezem?
- No moim przyjacielem. - zapadła cisza. Z słuchawki dobiegały tylko ciche brzęki talerzy. Mama musiała akurat zmywać.
- Aaaa! Już sobie przypominam. Poznaliście się w kinie, tak?
- Nie, nie. Austina poznałam w kinie. Deza dopiero później.
- Aust... Austina... - szeptała sama do siebie. Próbowała przypomnieć sobie kiedy i gdzie słyszała to imię. - No tak! Już sobie przypominam.
- To dobrze, bo mam dla ciebie niespodziankę.
- Czyli?
- Austin i Dez jadą z nami.
- To świetnie. Chętnie ich poznam.
- Miałaś się dowiedzieć dopiero na miejscu, ale... Lepiej, żebyś się nastawiła psychicznie na ich przyjazd. Można powiedzieć, że to są takimi, jak to się mówi... Tajfunami energii. - usłyszałam cichy śmiech.
- Skąd ja to znam.
Porozmawiałam z mamą jeszcze o innych, błahych sprawach, po czym rozłączyła się, tłumacząc, że Gabe - jej narzeczony wrócił z pracy. Dobrze znam Gabe' a, bo mieszkaliśmy razem już ponad sześć lat. Jest właścicielem radia i wytwórni muzycznej. Reprezentuje " Perfect ", do którego kiedyś także należałam. Ma krótkie, brązowe włosy, a jego oczy są nasycone ciemnymi, ale wyrazistymi odcieniami pigwy. Zawsze nosi marynarkę i dżinsowe spodnie. Bardzo lubi kolorowe T - shirty, które świetnie pasują do poważniej reszty. Od jakiegoś czasu zapuszcza brodę, ale uważa, że w wąsach wyglądał by jak japoński sensej . Mama natomiast od jakiegoś czasu farbuje włosy na "bursztynowy kasztan". Przynajmniej tak pisze na opakowaniu po farbie. Ma brązowe oczy i śniadą cerę. Powieki zawsze pokryte ma delikatną warstwą beżowych cieni. Bardzo zazdroszczę jej tej gracji i wdzięku, jaki posiada. Wszyscy mówią, że jestem do niej podobna. Chciałabym, aby była to prawda. Zajmuje się ginekologią. Jest bardzo znanym i cenionym lekarzem. Marzy o tym, abym przejęła po niej stanowisko, ale mnie nie ciągnie do medycyny. Kiedyś jej się sprzeciwiłam i... No nie udało mi się to najlepiej.
Mój cel był taki: Namówić matkę, aby pozwoliła mi wrócić do zespołu. Ale chyba wiadomo jaka była jej odpowiedź. Jednak moje starania nie poszły na marne. "Ewentualnie możesz się zajmować muzyką zza kulis. Możesz zostać ich menadżerką, tekściarką, pozwalam ci nawet pracować u Gabe'a. Ale od mikrofonu i instrumentów trzymaj się lepiej z daleka, bo jak nie, to wiesz jak to się wszystko skończy. Wiesz, że kocham cię nad życie, ale jeśli zobaczę cię na scenie, to możesz już przygotowywać przyjaciół, że ich sława nie potrwa długo." To była jej odpowiedź. Tylko... No jak do cholery można powiedzieć, że się kogoś kocha i wbić mu nóż w plecy?! Zawsze, gdy przypominam sobie naszą rozmowę łzy same napływają mi do oczu. Moja rodzona matka, która siedemnaście lat temu wydała mnie na świat niszczy moje marzenia i choć wie, że mam szansę je spełnić i zabłysnąć w świetle reflektorów choć raz, choć ten jeden, jedyny raz, robi wszystko, abym tego nie zrobiła i nie była szczęśliwa. A strach przed sceną? To tylko głupia wymówka, żeby inni mnie nie namawiali do przeciwstawienia się matce. Przecież jak bym jej coś powiedziała, to nie dość, że ja bym miała przez to kłopoty, to ludzie, których kocham jak rodzinę również.
Odstawiłam pusty talerz do zmywarki i poszłam na górę. Złożyłam na siebie skórzaną kurtkę, białą bluzkę w czarne, duże grochy i ciemno dżinsowe rurki. Na nogi włożyłam trampki i wyszłam na werandę. Dom zamknęłam na klucz i szarpnęłam dwa razy klamką, by upewnić się, czy drzwi na pewno się nie otworzą. Podeszłam pod garaż i wyciągnęłam z niego motor. Na głowie zapięłam kask, a w bagażniku schowałam torbę.
- Dzień dobry. - usłyszałam czyjeś powitanie
- Dzień dobry pani Moon. - odparłam osobie, która okazała się być matką Austina.
- Jak ci się podoba szkoła? - jak ja nienawidzę tego pytania. Po prostu nie cierpię. Co się ma odpowiedzieć w takich sytuacjach? Szkoła to szkoła. Nieważne gdzie i w którym wieku.
- Nawet fajna. Chodzę z Austinem do tej samej klasy. Na pewno pani mówił.
- Wspominał coś.
- Więc nie martwię się, że ktoś będzie próbował mi się naprzykrzać.
- Tak. Jak znam mojego synalka, to nawet tych, którzy są w porządku by odganiał.
- Ciekawa jestem co by było jakby mój chłop... To znaczy były chłopak złożyłby mi niespodziewaną wizytę. - łza zaczęła kręcić mi się koło oka. Choć jestem zła na Jacka za to, co zrobił, to zawsze jakaś cząstka mnie nie będzie potrafiła się bez niego obejść. Brakuje mi go. Całej mnie. Tych jego uścisków, ciepłych słów, wsparcia, jakie mi dawał. Może teraz nie żywię do niego tak głębokiego uczucia jak kiedyś, ale nie potrafię go określić jako przeszłość. Coś co minęło, nie wróci.
- Gadacie o mnie? - zza drzwi wyłoniła się postać Austin'a.
- Nie wszystko zawsze musi się kręcić wokół ciebie. - odparła pani Moon.
- Masz ochotę przejechać się ze mną. - wskazałam na motor.
- Ty na prawdę jeździsz tym... czymś? - dziwiła się mama blondaska.
- Tak. Ale proszę się nie martwić. Mam prawo jazdy, kask i wprawę.
- Z wielką chęcią. - odezwał się chłopak.
Austin dosłownie przeskoczył przez płot i usiadł na bagażniku. Ja pożegnałam panią Mimi i zajęłam swoje miejsce na motorze.
- To gdzie mnie zabierasz? - zapytał.
- Do sklepu. Umówiłam się z Trish, na zakupy.
- Acha... - przeciągnął zawiedziony.
- Żartowałam. Jadę do sklepu.
Blondasek odetchnął z ulgą.
- To może przy okazji podjedziemy do Dez' a?
- Z wielką chęcią.
*******************
Jak ja kocham ten dźwięk. Jesteś zmęczony, bo pół nocy przesiedziałeś u przyjaciela i straciłeś poczucie czasu, a tu ci nagle głośne DRYŃ przerywa sen, trwający zaledwie cztery godziny. Nie zasypiałam już, bo uznałam, że nie ma sensu. Leżałam tak sobie w ciszy przez około pięć minut i zauważyłam, że mam na sobie wczorajsze ubrania. Spojrzałam na telefon. Sobota. Jakie szczęście. Gdybym musiała iść teraz do szkoły to bym chyba zwariowała. Głowa mnie bolała strasznie. Moja fryzura zamieniła się w pole po zaciętej walce, a na ręce miałam plasterek z postaciami disney' owskiej bajki.
- Mamo daj mi jeszcze pięć minut. - usłyszałam zaspany głos.
Wstałam szybko z łóżka i zobaczyłam trzy sylwetki ułożone na moim dywanie. Cały pokój zamienił się w pobojowisko. Wszędzie porozrzucane były opakowania po chipsach i coli, a w kącie znajdowały się byle jak złożone gry planszowe. Te trzy sylwetki na podłodze okazały się należeć do Trish, Dez' a i Austin' a. Postanowiłam ich nie budzić, więc zeszłam na dół. Postanowiłam zrobić śniadanie. Usmażyłam naleśniki, a do kubeczków nalałam soku pomarańczowego. " Co się wczoraj stało? " To pytanie nie dawało mi spokoju. No nic. Może reszta będzie coś pamiętać. Zauważyłam, że na stole leży kartka. Na niej było napisane:
Kochana Ally!
Nie wrócę na noc do domu. Coś ważnego wypadło mi w Nowym Yorku i musiałem niezwłocznie jechać. Dzwoniłem do ciebie, ale nie odbierałaś. Nie bądź zła.
Kocham. Tata
No to już jasne, dlaczego taty nie było wczoraj w domu. Super. Czyli, że mam rozumieć, że tak z dnia na dzień dowiedział się, że musi jechać do Nowego Yorku. Życie zawsze jest koszmarem, czy tylko jak ma się siedemnaście lat?
nagle usłyszałam skrzypienie schodów.
- Cześć. - zawołała Trish.
- Cześć. - odparłam.
- Pamiętasz może coś z wczoraj?
- Nie. Pamiętam tylko, że mieliśmy jechać do Dez' a.
- Tak. Coś mi świta. Napisałaś mi SMS'a.
- Może chłopaki będą pamiętać coś więcej.
- Ej dziewczyny!!! Co my robimy u Ally? - zapytali chłopcy, którzy zeszli ze schodów.
- Wygląda na to, że z jakiegoś powodu spaliście u mnie. - odparłam.
- A wiecie z jakiego? - odpowiedział Dez.
- Taaa... Fajnie by było. - zmieszałyśmy się z Trish. Czyli, że żadne z nas nic nie pamięta.
- Ej. Zobaczcie. - blondyn wyciągnął w naszą stronę telefon - jest tu mnóstwo filmików z wczoraj.
- Włączaj. - powiedziałam z duszą na ramieniu.
- Włączyłeś - powiedziałam.
- Tak. - odezwał się ktoś, kto trzymał telefon.
Wzięłam łyżkę, która leżała na stole i przeczesałam włosy.
- Przed państwem wielki i wspaniały Austin Moon! - krzyknęłam jak prowadząca koncert.
- Witam Państwo na moim pierwszym koncercie. - Austin stanął na " scenie, " za którą posłużyło łóżko Deza.
- Serio? Łyżka jako mikrofon? - zaśmiała się Trish.
- Serio, serio. Liczy się to, że jestem przynajmniej kreatywna. - odburknęłam.
- O matko. Najlepszy był Austin na tym łóżku. - przerwał mi Dez.
- Zgadzam się z Ally. Kreatywność to podstawa.
Obejrzeliśmy wszystkie filmiki, ale nie zajęło nam to dużo czasu, ponieważ część z nich trwała po pięć sekund.
---------------------------------------------------------------------------------
Wreszcie czternasty rozdział. Lubicie może leżeć w domu i się kurować? Nie? Ja też nie, a właśnie mnie jakiś wstrętny wirus złapał i nie puszcza. Do końca tygodnia jestem przykuta do łóżka. No ale cóż. Jak mus to mus.
Leże tak i przeglądam tylko stronki o A&A. I oczywiście bloga piszę :)
- Hej mamuń.
- Cześć córeczko. Co u ciebie słychać.
- Wszystko dobrze. Szkoła... No jak to szkoła. Nigdy nie cieszy.
- Zawsze wiesz jak poprawić mi humor. A jak się trzyma Trish?
- Dobrze. Jak to ona. Razem z Dezem kłócą się bez przerwy.
- Przepraszam, że przerwę, ale z jakim Dezem?
- No moim przyjacielem. - zapadła cisza. Z słuchawki dobiegały tylko ciche brzęki talerzy. Mama musiała akurat zmywać.
- Aaaa! Już sobie przypominam. Poznaliście się w kinie, tak?
- Aust... Austina... - szeptała sama do siebie. Próbowała przypomnieć sobie kiedy i gdzie słyszała to imię. - No tak! Już sobie przypominam.
- To dobrze, bo mam dla ciebie niespodziankę.
- Czyli?
- Austin i Dez jadą z nami.
- To świetnie. Chętnie ich poznam.
- Miałaś się dowiedzieć dopiero na miejscu, ale... Lepiej, żebyś się nastawiła psychicznie na ich przyjazd. Można powiedzieć, że to są takimi, jak to się mówi... Tajfunami energii. - usłyszałam cichy śmiech.
- Skąd ja to znam.
Porozmawiałam z mamą jeszcze o innych, błahych sprawach, po czym rozłączyła się, tłumacząc, że Gabe - jej narzeczony wrócił z pracy. Dobrze znam Gabe' a, bo mieszkaliśmy razem już ponad sześć lat. Jest właścicielem radia i wytwórni muzycznej. Reprezentuje " Perfect ", do którego kiedyś także należałam. Ma krótkie, brązowe włosy, a jego oczy są nasycone ciemnymi, ale wyrazistymi odcieniami pigwy. Zawsze nosi marynarkę i dżinsowe spodnie. Bardzo lubi kolorowe T - shirty, które świetnie pasują do poważniej reszty. Od jakiegoś czasu zapuszcza brodę, ale uważa, że w wąsach wyglądał by jak japoński sensej . Mama natomiast od jakiegoś czasu farbuje włosy na "bursztynowy kasztan". Przynajmniej tak pisze na opakowaniu po farbie. Ma brązowe oczy i śniadą cerę. Powieki zawsze pokryte ma delikatną warstwą beżowych cieni. Bardzo zazdroszczę jej tej gracji i wdzięku, jaki posiada. Wszyscy mówią, że jestem do niej podobna. Chciałabym, aby była to prawda. Zajmuje się ginekologią. Jest bardzo znanym i cenionym lekarzem. Marzy o tym, abym przejęła po niej stanowisko, ale mnie nie ciągnie do medycyny. Kiedyś jej się sprzeciwiłam i... No nie udało mi się to najlepiej.
Mój cel był taki: Namówić matkę, aby pozwoliła mi wrócić do zespołu. Ale chyba wiadomo jaka była jej odpowiedź. Jednak moje starania nie poszły na marne. "Ewentualnie możesz się zajmować muzyką zza kulis. Możesz zostać ich menadżerką, tekściarką, pozwalam ci nawet pracować u Gabe'a. Ale od mikrofonu i instrumentów trzymaj się lepiej z daleka, bo jak nie, to wiesz jak to się wszystko skończy. Wiesz, że kocham cię nad życie, ale jeśli zobaczę cię na scenie, to możesz już przygotowywać przyjaciół, że ich sława nie potrwa długo." To była jej odpowiedź. Tylko... No jak do cholery można powiedzieć, że się kogoś kocha i wbić mu nóż w plecy?! Zawsze, gdy przypominam sobie naszą rozmowę łzy same napływają mi do oczu. Moja rodzona matka, która siedemnaście lat temu wydała mnie na świat niszczy moje marzenia i choć wie, że mam szansę je spełnić i zabłysnąć w świetle reflektorów choć raz, choć ten jeden, jedyny raz, robi wszystko, abym tego nie zrobiła i nie była szczęśliwa. A strach przed sceną? To tylko głupia wymówka, żeby inni mnie nie namawiali do przeciwstawienia się matce. Przecież jak bym jej coś powiedziała, to nie dość, że ja bym miała przez to kłopoty, to ludzie, których kocham jak rodzinę również.
Odstawiłam pusty talerz do zmywarki i poszłam na górę. Złożyłam na siebie skórzaną kurtkę, białą bluzkę w czarne, duże grochy i ciemno dżinsowe rurki. Na nogi włożyłam trampki i wyszłam na werandę. Dom zamknęłam na klucz i szarpnęłam dwa razy klamką, by upewnić się, czy drzwi na pewno się nie otworzą. Podeszłam pod garaż i wyciągnęłam z niego motor. Na głowie zapięłam kask, a w bagażniku schowałam torbę.
- Dzień dobry. - usłyszałam czyjeś powitanie
- Dzień dobry pani Moon. - odparłam osobie, która okazała się być matką Austina.
- Jak ci się podoba szkoła? - jak ja nienawidzę tego pytania. Po prostu nie cierpię. Co się ma odpowiedzieć w takich sytuacjach? Szkoła to szkoła. Nieważne gdzie i w którym wieku.
- Nawet fajna. Chodzę z Austinem do tej samej klasy. Na pewno pani mówił.
- Wspominał coś.
- Więc nie martwię się, że ktoś będzie próbował mi się naprzykrzać.
- Tak. Jak znam mojego synalka, to nawet tych, którzy są w porządku by odganiał.
- Ciekawa jestem co by było jakby mój chłop... To znaczy były chłopak złożyłby mi niespodziewaną wizytę. - łza zaczęła kręcić mi się koło oka. Choć jestem zła na Jacka za to, co zrobił, to zawsze jakaś cząstka mnie nie będzie potrafiła się bez niego obejść. Brakuje mi go. Całej mnie. Tych jego uścisków, ciepłych słów, wsparcia, jakie mi dawał. Może teraz nie żywię do niego tak głębokiego uczucia jak kiedyś, ale nie potrafię go określić jako przeszłość. Coś co minęło, nie wróci.
- Gadacie o mnie? - zza drzwi wyłoniła się postać Austin'a.
- Nie wszystko zawsze musi się kręcić wokół ciebie. - odparła pani Moon.
- Masz ochotę przejechać się ze mną. - wskazałam na motor.
- Ty na prawdę jeździsz tym... czymś? - dziwiła się mama blondaska.
- Tak. Ale proszę się nie martwić. Mam prawo jazdy, kask i wprawę.
- Z wielką chęcią. - odezwał się chłopak.
Austin dosłownie przeskoczył przez płot i usiadł na bagażniku. Ja pożegnałam panią Mimi i zajęłam swoje miejsce na motorze.
- To gdzie mnie zabierasz? - zapytał.
- Do sklepu. Umówiłam się z Trish, na zakupy.
- Acha... - przeciągnął zawiedziony.
- Żartowałam. Jadę do sklepu.
Blondasek odetchnął z ulgą.
- To może przy okazji podjedziemy do Dez' a?
- Z wielką chęcią.
*******************
Jak ja kocham ten dźwięk. Jesteś zmęczony, bo pół nocy przesiedziałeś u przyjaciela i straciłeś poczucie czasu, a tu ci nagle głośne DRYŃ przerywa sen, trwający zaledwie cztery godziny. Nie zasypiałam już, bo uznałam, że nie ma sensu. Leżałam tak sobie w ciszy przez około pięć minut i zauważyłam, że mam na sobie wczorajsze ubrania. Spojrzałam na telefon. Sobota. Jakie szczęście. Gdybym musiała iść teraz do szkoły to bym chyba zwariowała. Głowa mnie bolała strasznie. Moja fryzura zamieniła się w pole po zaciętej walce, a na ręce miałam plasterek z postaciami disney' owskiej bajki.
- Mamo daj mi jeszcze pięć minut. - usłyszałam zaspany głos.
Wstałam szybko z łóżka i zobaczyłam trzy sylwetki ułożone na moim dywanie. Cały pokój zamienił się w pobojowisko. Wszędzie porozrzucane były opakowania po chipsach i coli, a w kącie znajdowały się byle jak złożone gry planszowe. Te trzy sylwetki na podłodze okazały się należeć do Trish, Dez' a i Austin' a. Postanowiłam ich nie budzić, więc zeszłam na dół. Postanowiłam zrobić śniadanie. Usmażyłam naleśniki, a do kubeczków nalałam soku pomarańczowego. " Co się wczoraj stało? " To pytanie nie dawało mi spokoju. No nic. Może reszta będzie coś pamiętać. Zauważyłam, że na stole leży kartka. Na niej było napisane:
Kochana Ally!
Nie wrócę na noc do domu. Coś ważnego wypadło mi w Nowym Yorku i musiałem niezwłocznie jechać. Dzwoniłem do ciebie, ale nie odbierałaś. Nie bądź zła.
Kocham. Tata
No to już jasne, dlaczego taty nie było wczoraj w domu. Super. Czyli, że mam rozumieć, że tak z dnia na dzień dowiedział się, że musi jechać do Nowego Yorku. Życie zawsze jest koszmarem, czy tylko jak ma się siedemnaście lat?
nagle usłyszałam skrzypienie schodów.
- Cześć. - zawołała Trish.
- Cześć. - odparłam.
- Pamiętasz może coś z wczoraj?
- Nie. Pamiętam tylko, że mieliśmy jechać do Dez' a.
- Tak. Coś mi świta. Napisałaś mi SMS'a.
- Może chłopaki będą pamiętać coś więcej.
- Ej dziewczyny!!! Co my robimy u Ally? - zapytali chłopcy, którzy zeszli ze schodów.
- Wygląda na to, że z jakiegoś powodu spaliście u mnie. - odparłam.
- A wiecie z jakiego? - odpowiedział Dez.
- Taaa... Fajnie by było. - zmieszałyśmy się z Trish. Czyli, że żadne z nas nic nie pamięta.
- Ej. Zobaczcie. - blondyn wyciągnął w naszą stronę telefon - jest tu mnóstwo filmików z wczoraj.
- Włączaj. - powiedziałam z duszą na ramieniu.
- Włączyłeś - powiedziałam.
- Tak. - odezwał się ktoś, kto trzymał telefon.
Wzięłam łyżkę, która leżała na stole i przeczesałam włosy.
- Przed państwem wielki i wspaniały Austin Moon! - krzyknęłam jak prowadząca koncert.
- Witam Państwo na moim pierwszym koncercie. - Austin stanął na " scenie, " za którą posłużyło łóżko Deza.
- Serio? Łyżka jako mikrofon? - zaśmiała się Trish.
- Serio, serio. Liczy się to, że jestem przynajmniej kreatywna. - odburknęłam.
- O matko. Najlepszy był Austin na tym łóżku. - przerwał mi Dez.
- Zgadzam się z Ally. Kreatywność to podstawa.
Obejrzeliśmy wszystkie filmiki, ale nie zajęło nam to dużo czasu, ponieważ część z nich trwała po pięć sekund.
---------------------------------------------------------------------------------
Wreszcie czternasty rozdział. Lubicie może leżeć w domu i się kurować? Nie? Ja też nie, a właśnie mnie jakiś wstrętny wirus złapał i nie puszcza. Do końca tygodnia jestem przykuta do łóżka. No ale cóż. Jak mus to mus.
Leże tak i przeglądam tylko stronki o A&A. I oczywiście bloga piszę :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)