wtorek, 29 kwietnia 2014

Rozdział 12

Naszym oczom ukazał się amatorsko nagrany przez komórkę filmik, ludzi łudząco nas przypominających. Chłopak biegał dookoła ławki i próbował złapać dziewczynę, która przed nim uciekała.
- Co to za kretyni? - zapytałem przez śmiech.
- Oooo. Ładnie tak siebie nazywać? - zapytała ironicznie Trish.
- Zabiję cię! - zagroziła Dezowi Ally.
-Trish! Łap i uciekaj! - zawołał rudzielec rzucając przyjaciółce nową " kamerę ".
Teraz to oni uciekali przed nami jak dzieci. My tylko spokojnie staliśmy i nagrywaliśmy cała sytuację.
- Dobra! Chodźcie ludzie. - uspokoiła ich szatynka.
Zaczął się maraton po sklepach. Odwiedziliśmy chyba tysiąc tych obiektów handlowych, ale nic. Dziewczyny nie przymierzyły nawet jednej sukienki.
- Obiecajcie, że on jest ostatni. - poprosiłem  wchodząc do tysiąc pierwszego.
- Jak nic nie znajdziemy, to dam ci kluczyki i pojedziecie do domów. - zaproponowała Ally.
- Ale, że Austin miałby prowadzić motor?! - zapytał zdenerwowany przyjaciel.
- No, a co? - wtrąciłem.
- Wiecie co? Jakoś nagle polubiłem zakupy. Więc nie muszę jeszcze wracać do domu. - zaprotestował.
Trish znalazła pięć sukienek w jej guście i poszła do przymierzalni. Ally usiadła z nami na fotelach i pomagała jako członek jury.
- Żadna mi się nie podoba! - wrzasnęła modelka.
- A możesz nam pokazać chociaż jedną? - zapytałem z wyrzutem.
- No dobra. - zgodziła się niechętnie i wyszła z garderoby.
- I? - zapytała.
- Wyglądasz cudnie. - wiwatowała szatynka.
- No! - poparliśmy.
- To co? Może być ta?
- Nie gadaj tylko kupuj!
Przyszła kolej na brązowooką przyjaciółkę. Nie wiem dlaczego mnie to nie dziwi, ale druga modelka długo wybierała kreacje.
- Chyba pójdę w spodniach. - żaliła się.
- Jak ty idziesz w spodniach, to ja bez garnituru. - odparłem uradowany, ale jak zabijała mnie wzrokiem zrezygnowałam z poprzedniego postanowienia. - Zobacz ta jest ładna. - pokazałem zieloną suknię.
- Spójrz na cenę.
- Tylko 19.40$.
- Nie 19.40, tylko 1940.
- To takie liczby w ogóle istnieją? - zapytał Dez.
- Tak! - nakrzyczała na niego Trish.
- Ale śliczna! - zawołała Ally dokładnie oglądając asymetryczną sukienkę w odcieniu białej czekolady na grubych, marszczonych ramiączkach, lekko zwężaną w talii.
- No, niczego sobie. - przyznałem.
- Cena pewnie też. - powiedziała zrezygnowana.
Spojrzała na metkę. Aż 50% przeceny. Czyli, że zamiast płacić 100$, teraz musi tylko 50$.
- Myślicie, że będzie dobrze na mnie wyglądała? - szatynka dalej próbowała znaleźć wadę stroju.
- Nie przymierzysz, to nie będziemy wiedzieć. - rzekła Patrishia.
- Może macie rację. - rozważała gładząc powoli materiał.
- Jasne, że mamy.
Dziewczyna weszła do przymierzalni.
- Ile obstawiacie? - zapytał Dez.
- Ale, że co? - dopytywałem.
- Ile będzie tam siedzieć. - uświadomiła mnie włoszka.
- Pół godziny. - obstawiłem i wyjąłem z kieszeni telefon. Rozłożyłem się wygodnie na fotelu i zająłem grą.

* Trish *
- Nie martw się. - powiedziała Ally odsłaniając zasłonę, za którą się przebierała. - Nie zajęło mi to pół godziny.
Bez wątpienia ta sukienka była dla niej stworzona. Zawsze lubiła zwiewne i eleganckie ubrania, ale to było dla niej perfekcyjne. Austin podniósł głowę znad komórki.
- Wow. - przeciągnął i szybko usiadł prosto.
- Ulala. - zawołam.
- Wyglądasz pięknie. - poparł mnie rudy.
Blondyn nie mógł nic z siebie wydusić, siedział tylko z otworzoną buzią, którą po chwili zamknął mu Dez.
- Wiecie co? Podoba mi się. Biorę. - zawołała i schowała się znów za zasłoną.
- Taaa. Austinowi też się podoba. - powiedziałam ironicznie.
Człowieku! Ogarnij się! Robisz z siebie idiotę! - otrząsnął go Dez.
- Sorry. Nie wiem co mi się stało. - przepraszam.
- Dobra. Chodźcie do kasy. - do rozsądku przywołał nas zasadniczy głos przyjaciółki.
- Jeszcze tylko buty, torebka i biżuteria. - przypomniałam.
- Tak, ale jutro mają być ponoć przeceny na akcesoria. A poza tym spójrz na chłopaków. - przypomniała mi o istnieniu tych dwóch matołów.
- Tak.
Zapłaciłyśmy za zakup i udaliśmy się do wyjścia.
- To my będziemy zmykać. - pożegnała się szatynka.
- Pa. - zawołałam, gdy odjechała już na swojej maszynie.

* Ally *
Włożyłam dzisiejszy zakup do bagażnika i zaczekałam chwilkę na blondaska, który wiązał sobie sznurówki.
- Pospiesz się. - poganiałam go.
- Już, już.
- Jak ci się podoba sukienka. - zmieniłam temat.
- Jest śliczna.
- To czemu nic nie mówiłeś?
- Właśnie dla tego.
Usiadł za mną, złapał w talii i ruszyliśmy.
- Dlaczego? - dopytywałam.
- Co " dlaczego" ?
- No, nic nie mówiłeś.
- Bo mi mowę odjęło.
Zahamowałam gwałtownie z dwóch powodów. Po pierwsze i najważniejsze : zapaliło się czerwone, po drugie: zdziwiły mnie słowa mojego przyjaciela. Poczułam jak twarz zalewa mi się rumieńcem. I choć byłam do tego przyzwyczajona, bo często się zawstydzam, to tym razem poczułam się jakoś dziwnie. Ale dziwnie w dobrym tego słowa znaczeniu. Jeśli w ogóle takie jest. Dotarliśmy pod mieszkanie i ponieważ robiło się ciemno weszliśmy do naszych domów.
*********
Słowo daje. Kiedyś zamorduję tego, kto robi te durne budziki. Macie czasem tak, że z niewiadomego powodu łeb pęka wam w szwach. Ja tak miałam teraz. Nie wiem co się ze mną dzieje. Ostatnio mam niespokojne noce. Połowę z nich nie przesypiam zadręczana myślami o życiu, a drugą połowę mam straszne koszmary. Zawsze mogłam się pochwalić spokojnym snem. Ale teraz... Czuję się jakbym była po tygodniu pracy bez ani minutki przerwy. Do tego jeszcze ten okropny szum w uszach. Usiadłam na skraju łóżka i zebrałam wszystkie myśli. Weszłam do łazienki i umyłam zęby. Włosy postanowiłam rozpuścić. Przygotowałam sobie purpurową bluzkę na ramiączkach, rozszerzaną do dołu, czarne rurki i baleriny pod kolor bluzki. Na szyi zawiesiłam mój talizman, czyli naszyjnik z imieniem, a na nos wsunęłam okulary przeciwsłoneczne. Efekt był zadowalający. Zeszłam na dół, gdzie czekał już mój tata. Przywitałam się z nim i zajęłam się śniadaniem. Postanowiłam zrobić jajecznicę, ale gdy spojrzałam na zegarek, wskazujący siódmą trzydzieści zrobiłam dwa tosty z dżemem. Szybko je zjadłam.
- Jak tam córciu w szkole? - zapytał ojciec.
- Nawet dobrze.
- Poznałaś kogoś, czy ja wiem. Fajnego, że tak to ujmę.
- Nie. Ale obiecuję tatusiu: jak ktoś mi wpadnie w oko, to będziesz wiedział o tym pierwszy. - oznajmiłam zachowując przy tym powagę, lecz z uśmiechem.
- Miejmy nadzieję . Pamiętaj tylko, że mam swoje źródła.
- O imieniu Trish, Dez, czy Austin?
- Co trzy głowy, to nie jedna. - powiedział wykorzystując, trochę przekręcone, ale nadal kolejne przysłowie.
- Pa. - rzuciłam zamykając drzwi.
Miałam jeszcze troszkę czasu, więc mogłam bez pośpiechu spacerować w stronę szkoły. Moja głowa była pełna różnych myśli, ale ja skupiałam się na jednej: " co będzie dalej? " Nowy członek rodziny, nowe znajomości, nowa szkoła, nowy dom. Podsumowując, nowe życie. Chciałam iść do przodu, poznawać nowe miejsca, nowych przyjaciół. Ale czy dobrze zrobiłam opuszczając LA? Tam wszystko było tak, jak chciałam. Rodzina, przyjaciele, miłość. Jedyne, czego mi brakowało to moja ukochana muzyka. Tu co prawda też mam przyjaciół, ojca, ale to nie to samo. W moim sercu wciąż pozostaje niezapełnione miejsce. Pustka, której nie mogę napełnić. Czy to znak? Może powinnam wrócić? Ale nie mogę tego zrobić. Już za późno.
- Zgadnij kto. - wyszeptał znany mi, męski głos, którego ręce zasłaniały moje oczy.
- Nie wiem... Może, Abraham Lincoln?
- Tak i od razu jeszcze Merlin Monroe. - powiedział sarkastycznie ten ktoś.
Nawet nie zauważyłam kiedy dotarłam pod czerwony mur szkoły. Z tego co udało mi się zaobserwować, była to duża szkoła. Liceum, łączone z gimnazjum. Miała około sto klas. Były dobrze wyposażone, pod względem naukowym i nowoczesnym. W sali multimedialnej znajdowała się tablica dotykowa, oraz projektor i szkolny laptop. Sala przyrodnicza była uzupełniona w mikroskopy, próbki, wszelkie atlasy pomocnicze, a klasa historyczna natomiast przechowywała globusy, mapy... Każde pomieszczenie było zielone, lub żółte. Podwójne ławki nie były może szczytem wygody, ale były zadbane i niezniszczone. Na korytarzu znajdowały się szafki, które uczeń mógł dowolnie ozdabiać. W stołówce znajdował się parkiet, na którym stał jeden duży stolik, zarezerwowany dla szkolnej elity.
- Ej, co ty taka zamyślona? - zapytał Austin, czyli ten ktoś.
- Mam ciężki dzień. - odparłam.
- Acha. Nie wnikam.
- Co dziś mamy pierwsze? - zmieniłam temat.
- Chyba chemię.
- O nie.
- Czemu? Babka nawet nie zadaje prac domowych. Cały czas szuka swoich okularów.
- Nie, nie oto mi chodziło. Komórka mi padła.
- A gdzie Dez i Trish? - zapytał zmartwiony.
- Dziś mają na dziewiątą.
Biegnąc dotarliśmy pod salę chemiczną. Po zajęciu miejsc do klasy weszła nauczycielka. W rękach trzymała tony papierów, książek, zeszytów, kalendarzy i innych takich. Z tego co wiem, była to osoba, która lubiła zapisywać wszystko, nawet najmniejszą drobnostkę, aby o niej nie zapomnieć. Miała siwe kręcone i krótko przycięte włosy. Ta niska kobieta była lekko przy kości i, jak przystało na chemiczkę, nosiła śnieżno biały kitel. Na nosie przechowywała czerwone okulary, pod warunkiem, że nie szukała bezsensownie tej zguby, znajdującej się na jej głowie.
   Lekcja mijała w miarę szybko. Przygotowanie do nadchodzących tematów, BHP, kryteria oceniania i tego typu, wypływały z ust wykładowcy, jak z maszyny. Ledwo, co zdążałam robić zapiski z najważniejszymi punktami. Po wyczekiwanym przeze mnie dzwonku, wszyscy rozeszli się po korytarzach. Tumy nastolatków, pragnących odpoczynku kłębiło się przy szafkach. Wśród nich dostrzegłam swoich przyjaciół - Trish i Deza.
- O! Ally! - machali mi z oddali.
- Cześć! - ciepło ich powitałam.
- Jak tam pierwsza lekcja? - wypytywała mnie przyjaciółka.
- Nauczycielka od chemii najpierw szukała okularów, a później gadała coś o BHP itd. - śmiałyśmy się razem z niesfornej pani Dubney, jak na fantastycznej komedii.
- Hej dziewczyny! - Dez dał o sobie znać - Gdzie Austin?
- Nie wiem. Ostatni raz widziałam go pod salą chemiczną.
- To chodźmy go poszukać.
- BU! - zza szafek wyskoczyła nasza zguba.
- Uwaga! Straszny potwór z księżyca atakuje. - zaśmiałam się.
- Czemu akurat z księżyca. - zdziwił się blondasek.
- A jak się podpisujesz? - dążyłam do odpowiedzi pytaniami.
- No, Austin Moon.
- Właśnie. Moon.
- Aa. - przeciągnął - To było dobre.



niedziela, 27 kwietnia 2014

Rozdział 11

- Kobieto nie trzymaj takiego napięcia, bo zaraz zwariuje. - wydarłam się na nią.
- Dobra, dobra. Już mówię. Austin jest nowym uczestnikiem programu " The Voice of Miami"!!!! - zawołała uradowana.
- Se... ser...serio?! - jąkał się Austin z niedowierzaniem.
- Boże Trish! Jesteś najlepsza! - wykrzyczałam i rzuciłam się w objęcia przyjaciółki.
- Hola, hola. To Austin ma występować, a nie ty. - zaśmiała się.
- I tym mi raczej wyświadczasz przysługę. Jakby mama się dowiedziała to... To znaczy wiesz, że mam straszny lęk. Ciesze się, że przynajmniej moja piosenka będzie w TV.
- Taaa. Jasne. Jeszcze mi powiedz, że w ogóle nigdy się nie przełamiesz. Ally, mama musi zaakceptować to, że chcesz znów śpiewać. - mówiła.
Chłopaki stali jak słupy soli.
- ZNÓW?! - wydusili z siebie.
- Może kiedyś wam opowiem. - powiedziałam i odeszłam od nich.
Udałam się w stronę klasy, gdy poczułam czyjeś ręce na biodrach.
- Na włoski schodami. - wyszeptał mi ten ktoś do ucha.
Poczułam jego ciepły oddech na policzku i aż mnie ciarki przeszły. Pachniał trochę czekoladą, trochę miętą. Odwróciłam się na pięcie, a moim oczom ukazała się twarz Austina.
- Dziękuję przewodniku. - uśmiechnęłam się.
- Nawet nie zdążyłem cię oprowadzić, więc teraz muszę cię wszędzie prowadzić za rączkę. - odwzajemnił.
- Nie bój się o mnie. Jestem duża i silna. Sama sobie myje ząbki i w ogóle.
- Hahaha. Zaraz pęknę ze śmiechu. A teraz chodź po się spóźnimy.
- Dobra. Panie Niańko.
- Grabisz sobie mała.
Moja "opiekunka" nie zdążyła mi się do końca odgryźć, ponieważ w ostatniej chwili zadzwonił dzwonek. Gdyby nie on, musiałabym słuchać jego niekończących się kazań. Weszliśmy do klasy i umiejscowiliśmy się wygodnie przy ławkach.Gdy lekcje dobiegły już końca cała moja paczka wybrała się na spacer.
 - To co w końcu robimy. - zapytałam znudzona.
- No trzeba chyba odrobić lekcje, nie? - powiedział Dez.
- Weź ty się puknij w łeb! W pierwszy dzień szkoły?! Lekcje?! - wyrzuciła Trish.
- No, a co. Masz z tym jakiś problem? - w ten oto sposób zaczęła się ich nie pierwsza i nie ostatnia kłótnia.
 - Może lepiej usuniemy się z pola bitwy? - zapytał retorycznie Austin.
Popatrzyłam jeszcze chwilę na całe zdarzenie.
- Może lepiej tak. - powiedziałam i złapałam chłopaka za rękę.

 * Austin *

Ally złapała mnie za rękę i zaciągnęła do pobliskiej lodziarni.
- Niech zgadnę. Ty  bierzesz czekoladę i miętę. - powiedziała.
- Wanilię i miętę. - poprawiłem ją.
Zamówiliśmy deser i usiedliśmy przy stoliku. Lokal wyglądał przytulnie. Na środku był ustawiony posążek z logo lodziarni. Ściany pokrywała fioletowo-różowa farba z złotymi paskami. Stoliki były podobne do tych, które są w francuskich kawiarenkach.
- Cieszysz się? - zapytała Ally.
- Z czego? - odpowiedziałem na pytanie pytaniem.
- No z tego reality-show.
- Jasne, że tak. Ale teraz myślę o czymś innym.
- Mianowicie?
- A mianowicie, co miała na myśli Trish mówiąc ZNOWU.
- A ty znowu swoje.
- I widzisz teraz zrozumiałem twoje " znowu ".
- No dobra, ale to długa i nudna historia.
- Mam dużo czasu, a żadna historia nie jest nudna. Może być tylko usypiająca.
- Choć do mnie, to ci opowiem.
Doszliśmy pod dom dziewczyny i do niego weszliśmy. Ally rzuciła krótkie " jestem" i zaprowadziła mnie do pokoju. Usiadła na łóżku, a ja zrobiłem to samo.
- No to zaczynamy. Jak miałam trzynaście lat, to tak jak ty miałam marzenia, które chciałam spełnić, głupie pomysły, bujną wyobraźnię... Ale przejdźmy do rzeczy. Tak jak teraz kochałam śpiewać. Ojciec był za tym, abym spełniała swoje marzenia, ale mama nie była przekonana. Ja i moi przyjaciele założyliśmy zespół pt."Perfect"...
- Serio!? Ci "Perfect"? Zdobywcy platynowej płyty? Idole tysięcy fanów.
- Tak. Właśnie oni. Ale mogę opowiadać dalej? - zapytała.
- Jasne.
- Ok. No to tak. Gdy chcieliśmy zakończyć etap "garażu", nawinęła się okazja pokazania się publicznie na szkolnym przeglądzie talentów. Ja byłam na głównym wokalu, więc ćwiczyłam ile się tylko dało. W końcu przyszedł ten wyczekiwany dzień. Ale nie było tak idealnie. Najpierw bas, perkusja... - opowiadała Ally z wielkim natchnieniem. Wszystkie słowa wypływające z jej ust były idealnie oddane emocjonalnie. Przy wymienianiu poszczególnych instrumentów łzy napływały jej do oczu. - Przyszedł czas na wokalistę. Pierwsza litera, druga i... mocne uderzenie w głowę. Przed oczami ciemno. Z tego co mówili inni obudziłam się dwa miesiące później w... szpitalu. Blok reklamowy spadł na mnie i zapadłam w śpiączkę. Mama błagała i prosiła, żebym nie wracała do muzyki. Ale ja byłam zbyt uparta. W końcu zabroniła mi grać i śpiewać. Ale i tak za każdym razem, gdy jestem na scenie przypomina mi się to, że zaprzepaściłam swoją szansę na spełnienie marzeń. Nawet nie wiesz, jak to boli. Później...
- Później pojawił się Jack, który pomógł ci o tym wszystkim zapomnieć. - dokończyłem.
- Właśnie. - powiedziała i mocno się we mnie wtuliła.
- Csii... Już nie płacz. Jestem tu. Nie masz prawa być smutna. - ująłem jej twarz w dłonie i otarłem łzy.
- Jess. Jeste.. Jesteś... Kochany. -wyszlochała dziewczyna.
- Dobra. Koniec czułości. Może się przejdziemy? - zaproponowałem.
- Super. Zadzwonię do Trish i zapytam, czy żyje. - zaśmiała się i sięgnęła po telefon.
- Wiesz co? Lubię ten twój telefon. - powiedziałem.
- Tak? A to czemu? - zapytała ze zdziwieniem.
- No w końcu, gdyby nie on, to byś nie zniszczyła mojej ulubionej koszulki. - odparłem udając złego.
- Ej! Mówiłeś: " Ta koszulka wiele przeszła" - próbowała cytować mnie dziewczyna.
- Taka gadka na podryw.
- Na... Co?
- Na coś zaczynającego się na p, a kończącego na odryw.
- To... ty... - szatynka zaczęła się śmiać.
Skuliła się w kulkę i wybuchła jeszcze większym śmiechem. Nachyliłem się nad jej uchem.
- Coś się stało?
- Nie, nie. Nic. Kochasiu.
Udałem obrażonego i usiadłem w siadzie skrzyżnym. Ally wstała z miejsca, ucałowała mnie w policzek i wyszeptała: " Nie obrażaj się tak ".
- Dzwoń już sobie to tej Trish. - nadal udawałem obrażonego.
- Właśnie to robię. - szatynka przyłożyła sobie telefon do ucha.
Zamieniła z przyjaciółką parę zdań, ubrała skórzaną kurtkę i przytuliła mnie od tyłu.
- Choć. Mam dla ciebie niespodziankę. - powiedziała tajemniczo.
Zeszliśmy na dół. W kuchni tata dziewczyny popijał herbatę.
- Tato. Idę pokazać Austinowi Melody. Dasz mi kluczyki? - zapytała z nadzieją.
Dostała to o co prosiła, a ja się zastanawiałem co to jest Melody. Przy drzwiach dopadł mnie pies brązowookiej.
- Nuta! Co tam psiurku? Zła pani Ally pewnie była dla ciebie okrutna, co. - powiedziałem zmieniając głos.
- Zła pani Ally zaraz będzie dla ciebie okrutna. - odezwała się właścicielka zwierzęcia. - Choć już lepiej panie, co złego to nie ja.
Dotarliśmy przed garaż dziewczyny. Tam zauważyłem coś czego wcześniej nie widziałem.
- A ty w ogóle umiesz na tym jeździć? - wskazałem na motor.
- No nie wiem. Czy osoba, która zdobyła dwa medale za wyścig na motorze i jeden za sztuczki da radę pojechać na tej groźnej maszynie. - powiedziała ironicznie.
Stałem jak słup soli i patrzyłem raz na maszynę, raz na rajdowca.
- Wkładaj kask i jedziemy na wycieczkę. - rozkazała i podała mi czarno- niebieski kask.
- Na nim jest serduszko? - zapytałem z niedowierzaniem.
- Jak nie chcesz różowego to wkładaj i nie marudź. - zawołała i rozpuściła włosy.
- Wow. - tylko tyle udało mi się wykrztusić, gdy Ally skompletowała strój. W czarno różowym kasku, kurtce ze skóry, czerwonej bluzce, dżinsowych, podartych spodniach, rozpuszczonych włosach i czerwonych sandałach na koturnie wyglądała... Wow.
- Co coś nie tak?
- Nie. Po prostu wyglądasz... ślicznie.
- Dzięki. - zawstydziła się.
Wsiadłem na tylne miejsce i złapałem dziewczynę w talii. Odpaliła silnik i wyjechaliśmy. Pędziła, czy ja wiem 80, góra 90 na godzinę. W pewnym momencie jakiś koleś, też na motorze podjechał bliżej nas.
- Co uczysz dziewczynę jeździć na tym caceńku, czy ona ciebie? - zapytał z ironią.
- A może ciebie bym pouczyła, co? Patrząc na twoje, jakże wielkie zdolności myślę: Z jakiej strony wydrukowałeś sobie prawko, hmm? - zapytała zadziornie Ally, po czym odjechała jak najdalej mogła.
- Nie przejmuj się. Co druga dziewczyna wozi na bagażniku chłopaka. - pocieszała mnie żartując.
- Nie martwię się. Po prostu zatkało mnie jak odgryzłaś się temu koleśowi. - odparłem.
- Na drodze nazywamy ich łosiami. A na chodniku palantami. - oznajmiła nie zdejmując uśmiechu z ust, których przez kask nie widziałam.
- Nigdy cię nie znałem od tej strony.
- Czyli?
- No jesteś taka... zadziorna.
- Wiesz, jazda zmienia. Na chodniku jestem spokojna, uprzejma itd. ale na drodze dotyczy tak zwane prawo dżungli.
- Uważaj. Mamy czerwone. - ostrzegłem ją.
- Myślałeś już co założysz?
- Na?
- Na wesele.
- To ty wychodzisz za mąż?!
- Nie głuptasie. Moja mama.
- Aaaa. Na to wesele. No krawat masz mi kupić ty...
-  Zapomnij. Za moje kieszonkowe. Mam ci go dobrać.
- Oj tam.
- No dobra, a garnitur masz?
- Mam.
- Dobra, a buty?
- Też. A ty sukienkę.
- No a myślisz, że gdzie jedziemy?
- Nie. Tylko nie te durne zakupy. Ty się za Chiny ludowe nie umiesz zdecydować. A jeszcze lepiej. Zanim wyjdziesz z przymierzalni minie pół godziny.
Dotarliśmy pod galerię. Ally zaparkowała motor i weszliśmy na jej teren. Po dwudziestominutowym, bezskutecznym szukaniu naszych przyjaciół opadliśmy zmęczeni na ławkę.
- Uff. Ale mnie nogi bolą. - zasyczała szatynka.
- Mnie też nieźle nawalają. - odparłem.
- Choć, jeszcze chwilę ich poszukamy. - zaproponowała Ally i wstała szybko z siedziska.
- Chce ci się jeszcze? - zapytałem zmęczony.
- To nie ty miałeś tonowego pasażera na bagażniku. Więc wstawaj i nie marudź. - rozkazała.
- No już tak nie sycz żmijo.
- Zobaczymy jak bez tej żmii wrócisz do domu.
- Proste. Zadzwonię po taksówkę.
- No, tylko, że to ja mam twój portfel.
- Jak ty... Ale... Oddawaj to. - zawołałem i zacząłem ją gonić.
Śmialiśmy się jak małe dzieci. Ally uciekała z piskiem, a ja goniłem ją w okół ławki. Przechodnie, którzy nas widzieli, albo się śmiali, albo patrzyli na nas krzywo. Jednymi z nich byli nasi, wyczekiwani przyjaciele.
- Super. Coraz częściej się zastanawiam, czy my na pewno jesteśmy z tego samego rocznika. - przyznała ironicznie Trish.
- No... Pierwszy raz się z tobą zgadzam. - przytaknął jej rudzielec.
- Sorry, ale nic nie poradzę na to, że ta gadzina ukradła mi mój portfel. - zawołałem i chwyciłem złodziejkę w talii. - No, a teraz oddaj, bo nie puszczę.
- Nie boję się ciebie. - powiedziała Ally i pokazała mi język.
- Utnę ci go zaraz.
- Dobra. Już go chowam.
- Z tego co wiem, to mieliśmy kupić nam sukienkę, a jak nadal będziecie się tak zachowywać, to nie liczcie na to, że się z wami publicznie pokażę. - oznajmiła Trish.
- I... Już! - zawołał uradowany Dez.
- A ty co taki... - urwała czarnowłosa i wpatrzona w ekran jego komórki zaczęła się śmiać.
- Z czego się tak śmiejecie? - zapytaliśmy z szatynką równocześnie.
- Z tego. - powiedziała Trish i dała nam telefon rudzielca .

piątek, 11 kwietnia 2014

Rozdział 10

- Ale nie jesteś zła? - upewniłem się.
- Niby na co? - zapytała nic nie rozumiejąca dziewczyna.
- No, nie miałaś innych chętnych na przyjęcie?
- Nie, nie miałam. Ale dzięki tobie mam.
Nic nie odpowiedziałem, tylko wstałem z kanapy i zrobiłem nam kanapki. Z dżemem. Jej ulubione. Zaczęliśmy pałaszować posiłek, gdy tym razem do mnie ktoś postanowił zatelefonować. Był to Dez. Nie wstając z miejsca odebrałem telefon. Ally wykonała gest, w którym chciała pokazać, że nie będzie nam przeszkadzać i podniosła się z sofy. Nie zdążyła jednak dokończyć czynności, ponieważ złapałem ją za rękę i nie chciałem puścić. Ona próbowała wyrwać się z mojego mocnego uścisku, lecz nie dała rady. Byłem dla miej za silny. Zrezygnowana usiadła koło mnie, bo tylko tak nie musiała kombinować, aby wygodnie ułożyć dłoń. Moja rozmowa z rudzielcem szybko się skończyła.
- Auu. Austin to boli! - wrzasnęła dziewczyna.
- Nie mam nawet najmniejszego zamiaru cię puszczać. - oznajmiłem i umieściłem się bliżej niej.
- Jesteś okropny. - odparła i udała mocno zrażoną.
- Takie skargi to do moich rodziców. - powiedziałem stanowczo.
Ally się uśmiechnęła, a ja rozluźniłem uścisk. Dopiero wtedy udało się jej  z niego uwolnić.

                                                   Dwa tygodnie później
* Ally * 
Boże! To już dziś dzień moich tortur. Pierwszy dzień w nowej szkole. Wczoraj był apel, ale na nim nikt nie zwracał na mnie uwagi. W sumie, to się nie dziwię. W sali ponad tysiąc osób, to czemu mieli by patrzeć się akurat na mnie. Cichą, nieśmiałą i wystraszoną dziewczynkę w koncie pomieszczenia. Na szczęście byli przy mnie moi przyjaciele. Ciekawe, do której klasy mnie przydzielą. Mam nadzieję, że nie do tej z słabszymi wynikami. Ale wracając do dziś. O ósmej miała zacząć się pierwsza lekcja. Wstałam o siódmej. Poszłam do łazienki, umyłam zęby, uczesałam włosy w wysokiego kucyka i nałożyłam lekki makijaż. Taki, aby pasował do mojej turkusowej sukienki i czarnej kurtki. Później założyłam czarne koturny spakowałam torbę i wyszłam z mieszkania. Podeszłam pod dom Austina, bo tam się umówiliśmy. Od niego ruszyliśmy do Trish, u której siedział już Dez. Wszyscy cieszyli się dzisiejszym dniem, tylko ja się smuciłam.Czarnowłosa mnie pocieszała, chłopki tak samo. W końcu z podniesioną głową poszliśmy w stronę liceum.
- Dasz radę. - ośmielał mnie Austin, gdy wchodziłam do gabinetu pani dyrektor.
- Dzień Dobry. - przywitałam się.
- Witaj. - usłyszałam ciepły głos starszej kobiety. Za biurkiem siedziała czterdziestolatka, ubrana w ołówkową spódnicę i marynarkę. - Usiądź sobie dziecko. Ty pewnie jesteś Allyson Dawson? - zapytała, a ja lekko pokiwałam głową na tak.
- Tak proszę pani.
- Nie musisz się bać. Ja nie gryzę.
Uśmiechnęłam się do siebie.
- Masz bardzo dobre wyniki w nauce, więc będziesz uczęszczać do klasy poziomu wyższego. Nasz przewodniczący - Austin Moon, na pewno chętnie cię oprowadzi. - gdy usłyszałam ostatnie słowa wypowiedziane, przez kobietę kamień spadł mi z serca.
- Przepraszam, że pytam, ale czy Austin też chodzi do tej samej klasy co ja? - powiedziałam nieśmiało.
- Tak.
- Uff. - westchnęłam cicho, ale jednak słyszalnie.
- A co? Znasz go? - zapytała.
- Tak. To mój przyjaciel.
- No dobrze. Idź już, bo się spóźnisz.
Wyszłam szybko z pokoju. Przed drzwiami czekała na mnie Trish.
- I co? - zniecierpliwiona powiedziała.
- Nic. Idę do klasy poziomu wyższego. - odparłam beznamiętnie.
- Ooo. To będziesz chodziła na lekcje razem z naszym blondynkiem. - zaśmiała się.
- No. Dobra. To ja już idę. Nie chcę się spóźnić.
Włoszka poinstruowała mnie, jak gdzie dotrzeć. Przed salą spotkałam gromadkę chłopców. Wśród nich dało się zauważyć "mojego" blondynka.
- Cześć. - powiedziałam podchodząc do nich.
- Cześć. - odparła paczka.
Austin objął mnie ramieniem i przedstawił.
- Chłopaki. - zaczął - To jest Ally.
- Hej Ally. Miło mi cię poznać. Ja jestem... - przedstawiał się każdy. W końcu zadzwonił dzwonek. Kilka dziewcząt obskoczyło Austna pytając, czy mogły by z nim usiąść. Za każdym razem brązowooki zaprzeczał, mówiąc, że niestety miejsce przy nim jest już zajęte.
- A ja, gdzie mam usiąść? - zapytałam niepewnie.
- Ty kochana, usiądziesz obok mnie.
- Jak to? myślałam, że już z kimś siedzisz.
- Bo siedzę. Z tobą.
Lekko zszokowana zajęłam swoje miejsce. Wszyscy patrzyli się na mnie z ciekawością. Gdyby nie to, że Austin był przy mnie, to chyba bym tam zwymiotowała. W klasie było nas około dwudziestu. Dziewczyny raczej nie żywiły do mnie urazy, że usiadłam koło ich obiektu westchnień. Wręcz przeciwnie. Ciągle mnie zagadywały, pytały skąd jestem, gdzie mieszkam  itp.  Najbardziej zakolegowałam się z Kirą. Mulatką o czarnych kręconych włosach. Bardzo miła osóbka. Najbardziej jednak irytowała mnie Emma. Była dziewczyna mojego przyjaciela, która nadal za nim szalała. Była bardzo denerwująca.
- Dzień dobry! - przywitał się nauczyciel.
Musiał to być mój nowy wychowawca. Wyglądał przyjaźnie. Miał zielone oczy i czarne włosy. Był tak gdzieś nie wiem... Po trzydziestce. Może nawet czterdziestce. Ubrał się w szarą marynarkę z łatami na łokciach. Do tego spodnie w troszkę ciemniejszym odcieniu tego koloru. Na jego nosie swoje miejsce zajmowały czarno-czerwone okulary.
- Dzień dobry! - odparła zgodnie klasa.
- No to tak... - zaczął mężczyzna - Na sam początek chciałbym wam przedstawić nową uczennicę. Nazywa się Allyson Dawson i będzie razem z wami uczęszczała teraz do klasy. Mam nadzieję, że bardzo miło i ciepło ją przywitacie. A tobie Allyson życzę miłych wrażeń z pierwszego dnia szkoły. I zresztą nie tylko z pierwszego... - mówił dalej.
- Wygadany. - szepnęłam Austinowi do ucha.
- No. Popieram. - odszeptał.
Po czterdziestu pięciu minutach lekcja dobiegła końca.
- No to początek masz już za sobą. Teraz będzie z górki, nie? - zapytała retorycznie Trish.
- Tak myślę. - spojrzałam na blondaska.
- Najważniejsze pierwsze wrażenie. A uwierz mi, to, że znasz mnie, to już dużo.
- To ty taki wpływowy bardzo jesteś?
- No można tak powiedzieć.
Doszliśmy do szafek.
- Ally... - powiedział Dez.
- Hmm? - zapytałam.
- Bo wiesz... myśleliśmy tak wszyscy... i.... no i... gdzie ty tak w ogóle będziesz miała szafkę?
- Dobre pytanie.  - odparłam.
- Bo jakbyś chciała mieć szafkę koło " blondaska" - przy słowie BLONDASKA zrobił w powietrzu cudzysłowie. - to bez problemu mogę ci oddać swoją.
- Nie, nie trzeba. Zaraz ma tu przyjść jakiś koleś z samorządu i mi powiedzieć. - wyjaśniłam.
- No raczej nie sądzę. Przecież to ja jestem przewodniczącym. - wtrącił się Austin.
- Ale ty mnie już oprowadzasz. Nie za dużo by było tych przyjemności? - zapytałam żartem.
- Tak masz r... chwila. Co?! 
- Żartowałam tylko.
- Hahaha. Bardzo śmieszne.
- Według mnie było. - powiedział jakiś chłopak stojący za mną. - Cześć. Jestem Colin. - przedstawił mi się.
- A ja Ally. Bardzo mi miło. podałam mu rękę.
Nie przyglądałam mu się uważnie, bo zależało mi na razie tylko na tym, żeby opróżnić torbę i jej zawartość schować w szafce. Zauważyłam tylko, że miał brązowe włosy.
- Wreszcie! Nareszcie mogę to tu zostawić. - westchnęłam wrzucają rzeczy do szafki.
Austin otwierał swoją, która była przy mojej. On miał po prawej, Trish po lewej, a Dez zaraz no niej.
- No to tak... - powiedziała tajemniczo czarnowłosa. - Austin mam dla ciebie genialną wiadomość. Chłopak zrobił oczy jak pięciozłotówki.