niedziela, 4 maja 2014

Rozdział 13

- Przepraszam, że przerwę, ale muszę pogadać z Austinem. - wtrącił się brunet o imieniu Colin.

* Austin *
- A co się stało? - zapytałem.
- Nie. Nic ważnego. Tylko...  sprawa... osobista, że tak to ujmę. - odparł brunet.
- Dobra. Skoro nalegasz... - niechętnie się zgodziłem.
- Chyba zostawiłam długopis pod salą od chemii. Trish, Dez chodźcie pomożecie mi go poszukać. - poprosiła Ally. Wiedziała jak ma zareagować na fakt, że Colin prosi, o chwilkę sam na sam ze mną.
 Ruszyli w stronę klasy. Szatynka zdążyła mi jeszcze puścić oczko, co miało oznaczać: " Tylko go nie uduś". Cicho się zaśmiałem i zwróciłem w stronę rozmówcy.
- O czym chcesz gadać? - zapytałem podenerwowany.
- O twoich nowych znajomych. - zdziwiłem się. Co on do nich ma? - A raczej tylko o tej szatynce.
- Ally? - upewniłem się.
- Tak. Znasz ją?
- No... Przyjaźnimy się, a co?
- A wiesz może, czy ma kogoś?
- Niedawno rozstała się z chłopakiem... Beż żartów! Podoba ci się Ally?!
- To aż tak widać?
- Do puki nie pytałeś mnie o jej status, to nie było.
- Tylko... Nic jej nie mów.
- Nie bój się. Będę milczał jak grób. - uspokoiłem go.
- A ona mówiła ci coś o mnie?
- Właśnie... Wiesz, Ally bardzo przeżywa swojego poprzedniego chłopaka i... No raczej nie będzie zainteresowana.
- Szkoda...
- Więc proszę... Nie naciskaj.
- Stary, nie martw się. Widać, że jest dla ciebie ważna, ale... Wyluzuj. - ja mam wyluzować?! Przepraszam bardzo, ale to, że się o kogoś troszczę, nie znaczy, że nie jestem wyluzowany.
- Ta. - przeciągnąłem. - Ale ona nie jest partią dla ciebie.
- Czemu?
- Bo ty jesteś typem luzaka i śmietanki towarzyskiej, a ona... twoim przeciwieństwem.
- Jakoś jak ją z tobą widzę, to ona jest bardziej luźna od ciebie.
- Bo... No bo... Ona musi mieć kogoś, komu potrafi zaufać, a ciebie nie zna długo i...
- Ej. Austin. Jak ona ci się podoba, to było powiedzieć. - myślałem, że wybuchnę.
- Colin. Ja nie chcę ci zrobić przykrości, ale ktoś taki jak ty po prostu łatwo mógł by ją zranić. - słowa wypływały ze mnie jak z maszyny, a spokój, który wcześniej mnie opuścił, nagle wrócił.
- Proszę cię! Ja miałbym ją zranić?! - protestował.
- No niech ci będzie. Szepnę jej o tobie dobre słówko. - dałem się przekonać. Może się mylę. Może Colin i Ally będą do siebie pasować? Nie wiem, ale czas pokaże...
- To ja już zmykam. A... I jeszcze raz. Wielkie dzięki.
Z góry przyszli już moi przyjaciele.
- O czym gadaliście? - zaatakowała mnie ciekawska Trish.
- A o niczym. - przeciągnąłem.
- Tak. Ja już wiem jak wygląda to twoje " nic ". - mądrzał się Dez.
- Colin pytał się o was. - wskazałem na Ally i Trish.
- Co znowu przeskrobałyśmy? - zapytała Trish.
- Nic. Tak po prostu chciał się zapytać od kiedy się znamy.
- Dobra. Ale nie wiem po co tak się wcina w nieswoje sprawy . - wtrąciła Ally.
- Przyjaźniliśmy się. - odparł Dez.
- Odbił mi dziewczynę. - dokończyłem smutno.
- Przepraszam. Nie było tematu.
- Co macie teraz? - zapytała Trish.
- Matematykę.
Zadzwonił dzwonek i rozeszliśmy się do klas. Nauczyciel od matmy był typem wymagającego, ale miłego człowieka. Nie rozstawał się ze swoim srebrnym zegarkiem. Po szkole krążyły plotki, że jego zmarła żona dała mu go z okazji rocznicy. Jego blond włosy zawsze były kręcone i fikuśnie ułożone. Najczęściej nosił T-shirt z śmiesznym nadrukiem i dżinsowe spodnie. Był zawsze poukładany i nigdy jeszcze nie zapomniał o żadnej kartkówce, sprawdzianie, albo pracy domowej.
- Witajcie skazańcy. Musimy spotykać się jeszcze przez kolejny rok, więc lepiej nie wyprowadzajcie mnie z równowagi. - zawsze gdy rozpoczynał się kolejny rok szkolny tak nas witał. - No dobrze. Niech was policzę. - zaczął wyliczać - Jeśli się nie mylę macie nowego ucznia w klasie.
- Tak proszę pana. Doszła do nas nowa dziewczyna. - odezwał się tłum.
- Ooo. Nareszcie dziewczyna. Dobrze. Może postawi trochę tych świrusów do pionu. - profesor miał rację. Byliśmy świrusami. Ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Zazwyczaj, gdy nauczyciel nazywa tak uczniów oznacza to, że niszczą pracownie chemiczne, nigdy się nie słuchają innych i tym podobne. My natomiast urządzaliśmy co tydzień koncerty na terenie szkoły, malowaliśmy, oczywiście za zgodą dyrektorki, grafitii na ścianach i mieliśmy inne szalone pomysły. Byliśmy kreatywni i zwariowani. Cała klasa. - A mogę przywitać nowicjusza?
- Dzień dobry. - Ally wstała z miejsca.
- Dzień dobry. - pan Kevin Blue zlustrował ją wzrokiem. - Miło poznać...
- Ally.
- Dobrze Ally. Skąd jesteś.
- Z Los Angeles.
- Panienka z Hollywood? - zapytał półżartem, aby rozluźnić atmosferę.
- Nie. Niestety nie miałam takiego szczęścia. - zaśmiała się.
- A co cię sprowadza do Miami?
- Ojciec tu mieszka.
- Rozumiem. Dobrze. Może opowiesz coś o sobie.
- W sumie, to nie wyróżniam się niczym nad zwyczajnym. Jestem przeciętna.
- Taaa. - zaśmiałem się cicho.
- A tobie co się stało Moon? Może kilka zadanek wprawi cię w trochę poważniejszy nastrój.
- Przepraszam panie Blue.
- Zapamiętaj Ally: nie ma ludzi przeciętnych. Każdy jest wyjątkowy i nadzwyczajny.
Szatynka usiadła z powrotem obok mnie.
***
- Może kilka zadanek na rozluźnienie panie Moon? - naśmiewała się Ally.
- Ha, ha, ha. Przeciętny człowieku.
- Nie ma ludzi przeciętnych. Każdy jest wyjątkowy i nadzwyczajny.
- Nie no ludzie przestańcie, bo zaraz ze śmiech pęknę. - wtrąciła Patrishia.
- Ten nauczyciel jest super. Szkoda, że my mamy matmę ze starą Brown - szkolną wiedźmą. - zaśmiał się Dez.
- Tak. Szkoda. - spojrzeliśmy z Ally po sobie.
- To co robimy? - zapytała szatynka.
- Może pójdziemy wieczorem na tańce? - zaproponowałem.
- Może być. To o której? - odparła Trish.
- Może na na trzecią wpadnijcie do mnie, a o czwartej pójdziemy do klubu.- odpowiedziałem.
- Nie mogę. Mam zmianę w sklepie. - powiedziała Ally.
- To wpadniemy do Sonic Boom'a. - postanowiła Włoszka. - Zrobimy sobie takie przyjacielski popołudnie - wieczór.
- Dobra. To wpadnijcie o trzeciej.
Wyszliśmy z parku i ruszyliśmy w stronę domów. Dez odłączył się od nas pierwszy, a Trish druga. Ally zawsze rozstawaliśmy się ostatni. W końcu mieszkaliśmy po sąsiedzku, więc to normalne.

*Ally*
- To do zobaczenia o trzeciej. - pożegnałam się.
- Tak. O trzeciej.
- Pozdrów rodziców. - zdążyłam jeszcze rzucić zanim chłopak wszedł do domu.
- A ty tatę.
Ojca nie było w domu, bo pojechał po towar do sklepu, więc nie usłyszałam radosnego " Cześć skarbie" jak przekręciłam dwa razy klucz w zamku. Tato często wyjeżdżał. Prowadzenie sklepu to nie lada wyzwanie. Tym bardziej samemu. Kochałam ten mały punkt wielkiej galerii w centrum Miami, ale czasem miałam go po prostu dość.