- Hej mamuń.
- Cześć córeczko. Co u ciebie słychać.
- Wszystko dobrze. Szkoła... No jak to szkoła. Nigdy nie cieszy.
- Zawsze wiesz jak poprawić mi humor. A jak się trzyma Trish?
- Dobrze. Jak to ona. Razem z Dezem kłócą się bez przerwy.
- Przepraszam, że przerwę, ale z jakim Dezem?
- No moim przyjacielem. - zapadła cisza. Z słuchawki dobiegały tylko ciche brzęki talerzy. Mama musiała akurat zmywać.
- Aaaa! Już sobie przypominam. Poznaliście się w kinie, tak?
- Aust... Austina... - szeptała sama do siebie. Próbowała przypomnieć sobie kiedy i gdzie słyszała to imię. - No tak! Już sobie przypominam.
- To dobrze, bo mam dla ciebie niespodziankę.
- Czyli?
- Austin i Dez jadą z nami.
- To świetnie. Chętnie ich poznam.
- Miałaś się dowiedzieć dopiero na miejscu, ale... Lepiej, żebyś się nastawiła psychicznie na ich przyjazd. Można powiedzieć, że to są takimi, jak to się mówi... Tajfunami energii. - usłyszałam cichy śmiech.
- Skąd ja to znam.
Porozmawiałam z mamą jeszcze o innych, błahych sprawach, po czym rozłączyła się, tłumacząc, że Gabe - jej narzeczony wrócił z pracy. Dobrze znam Gabe' a, bo mieszkaliśmy razem już ponad sześć lat. Jest właścicielem radia i wytwórni muzycznej. Reprezentuje " Perfect ", do którego kiedyś także należałam. Ma krótkie, brązowe włosy, a jego oczy są nasycone ciemnymi, ale wyrazistymi odcieniami pigwy. Zawsze nosi marynarkę i dżinsowe spodnie. Bardzo lubi kolorowe T - shirty, które świetnie pasują do poważniej reszty. Od jakiegoś czasu zapuszcza brodę, ale uważa, że w wąsach wyglądał by jak japoński sensej . Mama natomiast od jakiegoś czasu farbuje włosy na "bursztynowy kasztan". Przynajmniej tak pisze na opakowaniu po farbie. Ma brązowe oczy i śniadą cerę. Powieki zawsze pokryte ma delikatną warstwą beżowych cieni. Bardzo zazdroszczę jej tej gracji i wdzięku, jaki posiada. Wszyscy mówią, że jestem do niej podobna. Chciałabym, aby była to prawda. Zajmuje się ginekologią. Jest bardzo znanym i cenionym lekarzem. Marzy o tym, abym przejęła po niej stanowisko, ale mnie nie ciągnie do medycyny. Kiedyś jej się sprzeciwiłam i... No nie udało mi się to najlepiej.
Mój cel był taki: Namówić matkę, aby pozwoliła mi wrócić do zespołu. Ale chyba wiadomo jaka była jej odpowiedź. Jednak moje starania nie poszły na marne. "Ewentualnie możesz się zajmować muzyką zza kulis. Możesz zostać ich menadżerką, tekściarką, pozwalam ci nawet pracować u Gabe'a. Ale od mikrofonu i instrumentów trzymaj się lepiej z daleka, bo jak nie, to wiesz jak to się wszystko skończy. Wiesz, że kocham cię nad życie, ale jeśli zobaczę cię na scenie, to możesz już przygotowywać przyjaciół, że ich sława nie potrwa długo." To była jej odpowiedź. Tylko... No jak do cholery można powiedzieć, że się kogoś kocha i wbić mu nóż w plecy?! Zawsze, gdy przypominam sobie naszą rozmowę łzy same napływają mi do oczu. Moja rodzona matka, która siedemnaście lat temu wydała mnie na świat niszczy moje marzenia i choć wie, że mam szansę je spełnić i zabłysnąć w świetle reflektorów choć raz, choć ten jeden, jedyny raz, robi wszystko, abym tego nie zrobiła i nie była szczęśliwa. A strach przed sceną? To tylko głupia wymówka, żeby inni mnie nie namawiali do przeciwstawienia się matce. Przecież jak bym jej coś powiedziała, to nie dość, że ja bym miała przez to kłopoty, to ludzie, których kocham jak rodzinę również.
Odstawiłam pusty talerz do zmywarki i poszłam na górę. Złożyłam na siebie skórzaną kurtkę, białą bluzkę w czarne, duże grochy i ciemno dżinsowe rurki. Na nogi włożyłam trampki i wyszłam na werandę. Dom zamknęłam na klucz i szarpnęłam dwa razy klamką, by upewnić się, czy drzwi na pewno się nie otworzą. Podeszłam pod garaż i wyciągnęłam z niego motor. Na głowie zapięłam kask, a w bagażniku schowałam torbę.
- Dzień dobry. - usłyszałam czyjeś powitanie
- Dzień dobry pani Moon. - odparłam osobie, która okazała się być matką Austina.
- Jak ci się podoba szkoła? - jak ja nienawidzę tego pytania. Po prostu nie cierpię. Co się ma odpowiedzieć w takich sytuacjach? Szkoła to szkoła. Nieważne gdzie i w którym wieku.
- Nawet fajna. Chodzę z Austinem do tej samej klasy. Na pewno pani mówił.
- Wspominał coś.
- Więc nie martwię się, że ktoś będzie próbował mi się naprzykrzać.
- Tak. Jak znam mojego synalka, to nawet tych, którzy są w porządku by odganiał.
- Ciekawa jestem co by było jakby mój chłop... To znaczy były chłopak złożyłby mi niespodziewaną wizytę. - łza zaczęła kręcić mi się koło oka. Choć jestem zła na Jacka za to, co zrobił, to zawsze jakaś cząstka mnie nie będzie potrafiła się bez niego obejść. Brakuje mi go. Całej mnie. Tych jego uścisków, ciepłych słów, wsparcia, jakie mi dawał. Może teraz nie żywię do niego tak głębokiego uczucia jak kiedyś, ale nie potrafię go określić jako przeszłość. Coś co minęło, nie wróci.
- Gadacie o mnie? - zza drzwi wyłoniła się postać Austin'a.
- Nie wszystko zawsze musi się kręcić wokół ciebie. - odparła pani Moon.
- Masz ochotę przejechać się ze mną. - wskazałam na motor.
- Ty na prawdę jeździsz tym... czymś? - dziwiła się mama blondaska.
- Tak. Ale proszę się nie martwić. Mam prawo jazdy, kask i wprawę.
- Z wielką chęcią. - odezwał się chłopak.
Austin dosłownie przeskoczył przez płot i usiadł na bagażniku. Ja pożegnałam panią Mimi i zajęłam swoje miejsce na motorze.
- To gdzie mnie zabierasz? - zapytał.
- Do sklepu. Umówiłam się z Trish, na zakupy.
- Acha... - przeciągnął zawiedziony.
- Żartowałam. Jadę do sklepu.
Blondasek odetchnął z ulgą.
- To może przy okazji podjedziemy do Dez' a?
- Z wielką chęcią.
*******************
Jak ja kocham ten dźwięk. Jesteś zmęczony, bo pół nocy przesiedziałeś u przyjaciela i straciłeś poczucie czasu, a tu ci nagle głośne DRYŃ przerywa sen, trwający zaledwie cztery godziny. Nie zasypiałam już, bo uznałam, że nie ma sensu. Leżałam tak sobie w ciszy przez około pięć minut i zauważyłam, że mam na sobie wczorajsze ubrania. Spojrzałam na telefon. Sobota. Jakie szczęście. Gdybym musiała iść teraz do szkoły to bym chyba zwariowała. Głowa mnie bolała strasznie. Moja fryzura zamieniła się w pole po zaciętej walce, a na ręce miałam plasterek z postaciami disney' owskiej bajki.
- Mamo daj mi jeszcze pięć minut. - usłyszałam zaspany głos.
Wstałam szybko z łóżka i zobaczyłam trzy sylwetki ułożone na moim dywanie. Cały pokój zamienił się w pobojowisko. Wszędzie porozrzucane były opakowania po chipsach i coli, a w kącie znajdowały się byle jak złożone gry planszowe. Te trzy sylwetki na podłodze okazały się należeć do Trish, Dez' a i Austin' a. Postanowiłam ich nie budzić, więc zeszłam na dół. Postanowiłam zrobić śniadanie. Usmażyłam naleśniki, a do kubeczków nalałam soku pomarańczowego. " Co się wczoraj stało? " To pytanie nie dawało mi spokoju. No nic. Może reszta będzie coś pamiętać. Zauważyłam, że na stole leży kartka. Na niej było napisane:
Kochana Ally!
Nie wrócę na noc do domu. Coś ważnego wypadło mi w Nowym Yorku i musiałem niezwłocznie jechać. Dzwoniłem do ciebie, ale nie odbierałaś. Nie bądź zła.
Kocham. Tata
No to już jasne, dlaczego taty nie było wczoraj w domu. Super. Czyli, że mam rozumieć, że tak z dnia na dzień dowiedział się, że musi jechać do Nowego Yorku. Życie zawsze jest koszmarem, czy tylko jak ma się siedemnaście lat?
nagle usłyszałam skrzypienie schodów.
- Cześć. - zawołała Trish.
- Cześć. - odparłam.
- Pamiętasz może coś z wczoraj?
- Nie. Pamiętam tylko, że mieliśmy jechać do Dez' a.
- Tak. Coś mi świta. Napisałaś mi SMS'a.
- Może chłopaki będą pamiętać coś więcej.
- Ej dziewczyny!!! Co my robimy u Ally? - zapytali chłopcy, którzy zeszli ze schodów.
- Wygląda na to, że z jakiegoś powodu spaliście u mnie. - odparłam.
- A wiecie z jakiego? - odpowiedział Dez.
- Taaa... Fajnie by było. - zmieszałyśmy się z Trish. Czyli, że żadne z nas nic nie pamięta.
- Ej. Zobaczcie. - blondyn wyciągnął w naszą stronę telefon - jest tu mnóstwo filmików z wczoraj.
- Włączaj. - powiedziałam z duszą na ramieniu.
- Włączyłeś - powiedziałam.
- Tak. - odezwał się ktoś, kto trzymał telefon.
Wzięłam łyżkę, która leżała na stole i przeczesałam włosy.
- Przed państwem wielki i wspaniały Austin Moon! - krzyknęłam jak prowadząca koncert.
- Witam Państwo na moim pierwszym koncercie. - Austin stanął na " scenie, " za którą posłużyło łóżko Deza.
- Serio? Łyżka jako mikrofon? - zaśmiała się Trish.
- Serio, serio. Liczy się to, że jestem przynajmniej kreatywna. - odburknęłam.
- O matko. Najlepszy był Austin na tym łóżku. - przerwał mi Dez.
- Zgadzam się z Ally. Kreatywność to podstawa.
Obejrzeliśmy wszystkie filmiki, ale nie zajęło nam to dużo czasu, ponieważ część z nich trwała po pięć sekund.
---------------------------------------------------------------------------------
Wreszcie czternasty rozdział. Lubicie może leżeć w domu i się kurować? Nie? Ja też nie, a właśnie mnie jakiś wstrętny wirus złapał i nie puszcza. Do końca tygodnia jestem przykuta do łóżka. No ale cóż. Jak mus to mus.
Leże tak i przeglądam tylko stronki o A&A. I oczywiście bloga piszę :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz