niedziela, 27 kwietnia 2014

Rozdział 11

- Kobieto nie trzymaj takiego napięcia, bo zaraz zwariuje. - wydarłam się na nią.
- Dobra, dobra. Już mówię. Austin jest nowym uczestnikiem programu " The Voice of Miami"!!!! - zawołała uradowana.
- Se... ser...serio?! - jąkał się Austin z niedowierzaniem.
- Boże Trish! Jesteś najlepsza! - wykrzyczałam i rzuciłam się w objęcia przyjaciółki.
- Hola, hola. To Austin ma występować, a nie ty. - zaśmiała się.
- I tym mi raczej wyświadczasz przysługę. Jakby mama się dowiedziała to... To znaczy wiesz, że mam straszny lęk. Ciesze się, że przynajmniej moja piosenka będzie w TV.
- Taaa. Jasne. Jeszcze mi powiedz, że w ogóle nigdy się nie przełamiesz. Ally, mama musi zaakceptować to, że chcesz znów śpiewać. - mówiła.
Chłopaki stali jak słupy soli.
- ZNÓW?! - wydusili z siebie.
- Może kiedyś wam opowiem. - powiedziałam i odeszłam od nich.
Udałam się w stronę klasy, gdy poczułam czyjeś ręce na biodrach.
- Na włoski schodami. - wyszeptał mi ten ktoś do ucha.
Poczułam jego ciepły oddech na policzku i aż mnie ciarki przeszły. Pachniał trochę czekoladą, trochę miętą. Odwróciłam się na pięcie, a moim oczom ukazała się twarz Austina.
- Dziękuję przewodniku. - uśmiechnęłam się.
- Nawet nie zdążyłem cię oprowadzić, więc teraz muszę cię wszędzie prowadzić za rączkę. - odwzajemnił.
- Nie bój się o mnie. Jestem duża i silna. Sama sobie myje ząbki i w ogóle.
- Hahaha. Zaraz pęknę ze śmiechu. A teraz chodź po się spóźnimy.
- Dobra. Panie Niańko.
- Grabisz sobie mała.
Moja "opiekunka" nie zdążyła mi się do końca odgryźć, ponieważ w ostatniej chwili zadzwonił dzwonek. Gdyby nie on, musiałabym słuchać jego niekończących się kazań. Weszliśmy do klasy i umiejscowiliśmy się wygodnie przy ławkach.Gdy lekcje dobiegły już końca cała moja paczka wybrała się na spacer.
 - To co w końcu robimy. - zapytałam znudzona.
- No trzeba chyba odrobić lekcje, nie? - powiedział Dez.
- Weź ty się puknij w łeb! W pierwszy dzień szkoły?! Lekcje?! - wyrzuciła Trish.
- No, a co. Masz z tym jakiś problem? - w ten oto sposób zaczęła się ich nie pierwsza i nie ostatnia kłótnia.
 - Może lepiej usuniemy się z pola bitwy? - zapytał retorycznie Austin.
Popatrzyłam jeszcze chwilę na całe zdarzenie.
- Może lepiej tak. - powiedziałam i złapałam chłopaka za rękę.

 * Austin *

Ally złapała mnie za rękę i zaciągnęła do pobliskiej lodziarni.
- Niech zgadnę. Ty  bierzesz czekoladę i miętę. - powiedziała.
- Wanilię i miętę. - poprawiłem ją.
Zamówiliśmy deser i usiedliśmy przy stoliku. Lokal wyglądał przytulnie. Na środku był ustawiony posążek z logo lodziarni. Ściany pokrywała fioletowo-różowa farba z złotymi paskami. Stoliki były podobne do tych, które są w francuskich kawiarenkach.
- Cieszysz się? - zapytała Ally.
- Z czego? - odpowiedziałem na pytanie pytaniem.
- No z tego reality-show.
- Jasne, że tak. Ale teraz myślę o czymś innym.
- Mianowicie?
- A mianowicie, co miała na myśli Trish mówiąc ZNOWU.
- A ty znowu swoje.
- I widzisz teraz zrozumiałem twoje " znowu ".
- No dobra, ale to długa i nudna historia.
- Mam dużo czasu, a żadna historia nie jest nudna. Może być tylko usypiająca.
- Choć do mnie, to ci opowiem.
Doszliśmy pod dom dziewczyny i do niego weszliśmy. Ally rzuciła krótkie " jestem" i zaprowadziła mnie do pokoju. Usiadła na łóżku, a ja zrobiłem to samo.
- No to zaczynamy. Jak miałam trzynaście lat, to tak jak ty miałam marzenia, które chciałam spełnić, głupie pomysły, bujną wyobraźnię... Ale przejdźmy do rzeczy. Tak jak teraz kochałam śpiewać. Ojciec był za tym, abym spełniała swoje marzenia, ale mama nie była przekonana. Ja i moi przyjaciele założyliśmy zespół pt."Perfect"...
- Serio!? Ci "Perfect"? Zdobywcy platynowej płyty? Idole tysięcy fanów.
- Tak. Właśnie oni. Ale mogę opowiadać dalej? - zapytała.
- Jasne.
- Ok. No to tak. Gdy chcieliśmy zakończyć etap "garażu", nawinęła się okazja pokazania się publicznie na szkolnym przeglądzie talentów. Ja byłam na głównym wokalu, więc ćwiczyłam ile się tylko dało. W końcu przyszedł ten wyczekiwany dzień. Ale nie było tak idealnie. Najpierw bas, perkusja... - opowiadała Ally z wielkim natchnieniem. Wszystkie słowa wypływające z jej ust były idealnie oddane emocjonalnie. Przy wymienianiu poszczególnych instrumentów łzy napływały jej do oczu. - Przyszedł czas na wokalistę. Pierwsza litera, druga i... mocne uderzenie w głowę. Przed oczami ciemno. Z tego co mówili inni obudziłam się dwa miesiące później w... szpitalu. Blok reklamowy spadł na mnie i zapadłam w śpiączkę. Mama błagała i prosiła, żebym nie wracała do muzyki. Ale ja byłam zbyt uparta. W końcu zabroniła mi grać i śpiewać. Ale i tak za każdym razem, gdy jestem na scenie przypomina mi się to, że zaprzepaściłam swoją szansę na spełnienie marzeń. Nawet nie wiesz, jak to boli. Później...
- Później pojawił się Jack, który pomógł ci o tym wszystkim zapomnieć. - dokończyłem.
- Właśnie. - powiedziała i mocno się we mnie wtuliła.
- Csii... Już nie płacz. Jestem tu. Nie masz prawa być smutna. - ująłem jej twarz w dłonie i otarłem łzy.
- Jess. Jeste.. Jesteś... Kochany. -wyszlochała dziewczyna.
- Dobra. Koniec czułości. Może się przejdziemy? - zaproponowałem.
- Super. Zadzwonię do Trish i zapytam, czy żyje. - zaśmiała się i sięgnęła po telefon.
- Wiesz co? Lubię ten twój telefon. - powiedziałem.
- Tak? A to czemu? - zapytała ze zdziwieniem.
- No w końcu, gdyby nie on, to byś nie zniszczyła mojej ulubionej koszulki. - odparłem udając złego.
- Ej! Mówiłeś: " Ta koszulka wiele przeszła" - próbowała cytować mnie dziewczyna.
- Taka gadka na podryw.
- Na... Co?
- Na coś zaczynającego się na p, a kończącego na odryw.
- To... ty... - szatynka zaczęła się śmiać.
Skuliła się w kulkę i wybuchła jeszcze większym śmiechem. Nachyliłem się nad jej uchem.
- Coś się stało?
- Nie, nie. Nic. Kochasiu.
Udałem obrażonego i usiadłem w siadzie skrzyżnym. Ally wstała z miejsca, ucałowała mnie w policzek i wyszeptała: " Nie obrażaj się tak ".
- Dzwoń już sobie to tej Trish. - nadal udawałem obrażonego.
- Właśnie to robię. - szatynka przyłożyła sobie telefon do ucha.
Zamieniła z przyjaciółką parę zdań, ubrała skórzaną kurtkę i przytuliła mnie od tyłu.
- Choć. Mam dla ciebie niespodziankę. - powiedziała tajemniczo.
Zeszliśmy na dół. W kuchni tata dziewczyny popijał herbatę.
- Tato. Idę pokazać Austinowi Melody. Dasz mi kluczyki? - zapytała z nadzieją.
Dostała to o co prosiła, a ja się zastanawiałem co to jest Melody. Przy drzwiach dopadł mnie pies brązowookiej.
- Nuta! Co tam psiurku? Zła pani Ally pewnie była dla ciebie okrutna, co. - powiedziałem zmieniając głos.
- Zła pani Ally zaraz będzie dla ciebie okrutna. - odezwała się właścicielka zwierzęcia. - Choć już lepiej panie, co złego to nie ja.
Dotarliśmy przed garaż dziewczyny. Tam zauważyłem coś czego wcześniej nie widziałem.
- A ty w ogóle umiesz na tym jeździć? - wskazałem na motor.
- No nie wiem. Czy osoba, która zdobyła dwa medale za wyścig na motorze i jeden za sztuczki da radę pojechać na tej groźnej maszynie. - powiedziała ironicznie.
Stałem jak słup soli i patrzyłem raz na maszynę, raz na rajdowca.
- Wkładaj kask i jedziemy na wycieczkę. - rozkazała i podała mi czarno- niebieski kask.
- Na nim jest serduszko? - zapytałem z niedowierzaniem.
- Jak nie chcesz różowego to wkładaj i nie marudź. - zawołała i rozpuściła włosy.
- Wow. - tylko tyle udało mi się wykrztusić, gdy Ally skompletowała strój. W czarno różowym kasku, kurtce ze skóry, czerwonej bluzce, dżinsowych, podartych spodniach, rozpuszczonych włosach i czerwonych sandałach na koturnie wyglądała... Wow.
- Co coś nie tak?
- Nie. Po prostu wyglądasz... ślicznie.
- Dzięki. - zawstydziła się.
Wsiadłem na tylne miejsce i złapałem dziewczynę w talii. Odpaliła silnik i wyjechaliśmy. Pędziła, czy ja wiem 80, góra 90 na godzinę. W pewnym momencie jakiś koleś, też na motorze podjechał bliżej nas.
- Co uczysz dziewczynę jeździć na tym caceńku, czy ona ciebie? - zapytał z ironią.
- A może ciebie bym pouczyła, co? Patrząc na twoje, jakże wielkie zdolności myślę: Z jakiej strony wydrukowałeś sobie prawko, hmm? - zapytała zadziornie Ally, po czym odjechała jak najdalej mogła.
- Nie przejmuj się. Co druga dziewczyna wozi na bagażniku chłopaka. - pocieszała mnie żartując.
- Nie martwię się. Po prostu zatkało mnie jak odgryzłaś się temu koleśowi. - odparłem.
- Na drodze nazywamy ich łosiami. A na chodniku palantami. - oznajmiła nie zdejmując uśmiechu z ust, których przez kask nie widziałam.
- Nigdy cię nie znałem od tej strony.
- Czyli?
- No jesteś taka... zadziorna.
- Wiesz, jazda zmienia. Na chodniku jestem spokojna, uprzejma itd. ale na drodze dotyczy tak zwane prawo dżungli.
- Uważaj. Mamy czerwone. - ostrzegłem ją.
- Myślałeś już co założysz?
- Na?
- Na wesele.
- To ty wychodzisz za mąż?!
- Nie głuptasie. Moja mama.
- Aaaa. Na to wesele. No krawat masz mi kupić ty...
-  Zapomnij. Za moje kieszonkowe. Mam ci go dobrać.
- Oj tam.
- No dobra, a garnitur masz?
- Mam.
- Dobra, a buty?
- Też. A ty sukienkę.
- No a myślisz, że gdzie jedziemy?
- Nie. Tylko nie te durne zakupy. Ty się za Chiny ludowe nie umiesz zdecydować. A jeszcze lepiej. Zanim wyjdziesz z przymierzalni minie pół godziny.
Dotarliśmy pod galerię. Ally zaparkowała motor i weszliśmy na jej teren. Po dwudziestominutowym, bezskutecznym szukaniu naszych przyjaciół opadliśmy zmęczeni na ławkę.
- Uff. Ale mnie nogi bolą. - zasyczała szatynka.
- Mnie też nieźle nawalają. - odparłem.
- Choć, jeszcze chwilę ich poszukamy. - zaproponowała Ally i wstała szybko z siedziska.
- Chce ci się jeszcze? - zapytałem zmęczony.
- To nie ty miałeś tonowego pasażera na bagażniku. Więc wstawaj i nie marudź. - rozkazała.
- No już tak nie sycz żmijo.
- Zobaczymy jak bez tej żmii wrócisz do domu.
- Proste. Zadzwonię po taksówkę.
- No, tylko, że to ja mam twój portfel.
- Jak ty... Ale... Oddawaj to. - zawołałem i zacząłem ją gonić.
Śmialiśmy się jak małe dzieci. Ally uciekała z piskiem, a ja goniłem ją w okół ławki. Przechodnie, którzy nas widzieli, albo się śmiali, albo patrzyli na nas krzywo. Jednymi z nich byli nasi, wyczekiwani przyjaciele.
- Super. Coraz częściej się zastanawiam, czy my na pewno jesteśmy z tego samego rocznika. - przyznała ironicznie Trish.
- No... Pierwszy raz się z tobą zgadzam. - przytaknął jej rudzielec.
- Sorry, ale nic nie poradzę na to, że ta gadzina ukradła mi mój portfel. - zawołałem i chwyciłem złodziejkę w talii. - No, a teraz oddaj, bo nie puszczę.
- Nie boję się ciebie. - powiedziała Ally i pokazała mi język.
- Utnę ci go zaraz.
- Dobra. Już go chowam.
- Z tego co wiem, to mieliśmy kupić nam sukienkę, a jak nadal będziecie się tak zachowywać, to nie liczcie na to, że się z wami publicznie pokażę. - oznajmiła Trish.
- I... Już! - zawołał uradowany Dez.
- A ty co taki... - urwała czarnowłosa i wpatrzona w ekran jego komórki zaczęła się śmiać.
- Z czego się tak śmiejecie? - zapytaliśmy z szatynką równocześnie.
- Z tego. - powiedziała Trish i dała nam telefon rudzielca .

1 komentarz: